Tych książek nie lubimy...#3 - 12 blogerów o najgorszych książkach, jakie kiedykolwiek przeczytali

10 listopada

Kolejny post z waszej ulubionej serii! Kolejnych 12 czytelników opowie wam o najgorszych książkach, jakie kiedykolwiek przeczytali. Pamiętajcie jednak, że co człowiek, to opinia i nie bierzcie tych wypowiedzi do siebie.


Sama jestem zaskoczona jedną powieścią, która się tu dziś pojawi, a którą to uwielbiam całym serduchem, lecz szanuję odmienne zdanie i was proszę o to samo 😁. Niestety tym razem nie wypowiem się sama, bo mocno choruję, ale możecie być pewni, że w następnym poście przedstawię wam swoją krótką opinię na temat Uroku Grace'ów!


Kac Killer z kackiller.com

Słowem wstępu - mam słabość do tanich książek. Gdyby grzebanie w koszach z przecenionymi powieściami było sportem, byłbym Lewandowskim polskiej kadry koszo-grzebaczy. Serio, nie kłamię. Najbardziej lubię te, które idzie dorwać poniżej dyszki, a jak się trafi coś za piątkę, to ja jestem przeszczęśliwy. No i trafiła mi się kiedyś ciekawa, żółto-czarna okładka z czerwonym tytułem - Przebiegum życiae. Opis całkiem spoko, bo coś tam, że dwóch polaków na emigracji, napisana polsko-angielskim żargonem, ucieczka od codzienności w muzykę, kreskówki. Myślę sobie - a wezmę. 

Wziąłem. Przeczytałem. Przemęczyłem. Jest Gustaw i Konrad, co jest nawiązaniem do mickiewiczowskich Dziadów, choć bardzo słabym. Są jakieś nawiązania do Małego Księcia, które kompletnie nie pasują. Jest ten żargon polsko-angielski, który w sumie nie przeszkadza, ale zrobiłem mały risercz wśród moich znajomych emigrantów (którzy na Wyspach siedzą od kilku lat) i - jak się okazało - praktycznie nikt tak nie mówi. Bohaterowie Przebiegum życiae uciekają w surrealizm, by nie zwariować. Gdzie ja mam uciec od tego pseudo-surrealizmu Pana Piotra Czerwińskiego (który jest autorem tej książki, a o czym zapomniałem napomknąć wcześniej), żeby nie oszaleć? 
Wnioski po lekturze? Zastanowić się dwa razy zanim kupię coś przecenionego (choć i tak tego nie robię), bo znów mogę trafić na książkę, której fabuła nudzi, bo w sumie to jej tam chyba nawet nie było. Trudno było się połapać w tym, o czym
Przebiegum życiae tak naprawdę jest, można się pogubić w zawiłościach, w których najprawdopodobniej pogubił się sam autor. Ja lubię się gubić w książkach, ale w książkach dobrych, w którym zgubienie się, utknięcie, jest przyjemnością, a nie katorgą.

Podsumuję to wszystko lekko sparafrazowanym cytatem z
Przebiegum życiae, który można znaleźć również na rewersie okładki.

“I tell you, kinda po stokroć pierdolisty fun, Przebiegum życiae


#SadisticWriter ze Zniewolone treścią


Pamiętacie ten dziki szał wokół książki „Wyśnione miejsca” Brenny Yovanoff, wydanej przez wydawnictwo Otwarte? To była jedna z pierwszych książek, przy których tak mocno się zawiodłam! Dlaczego? Bo w polskiej wersji była po prostu oszukana! Nie dość, że tytuł wskazywał na fantastykę, to jeszcze ta okładka (która jest piękna, temu nie zaprzeczę). Tak naprawdę samej fantastyki w lekturze było jak włosów na głowie łysego! Jako fanka tego gatunku poczułam się urażona. Rozumiem jednak, że to zagrywka typowo marketingowa – bo jeżeli coś jest ładne, to wiadome, że większość ludzi na to poleci. 

Całości nie wynagrodziła licha fabuła. Hitem stało się zakochanie z powodu... pęcherzy na stopach. Przyznaję, w tym momencie autorka okazała się oryginalna, bo dzięki temu absurdowi zapamiętałam tę lekturę, ale niestety w nie do końca pozytywny sposób. 

Bohaterowie „Wyśnionych miejsc” byli irytujący i kreowani na wyjątkowo „innych” oraz lepszych od reszty (niesamowicie wrażliwy, niesamowicie inteligentna), historia była zaś dziwna, nudna i chociaż miała jakiś (powiedzmy) większy przekaz, nie wynagrodził mi on straconego na czytaniu tego ustrojstwa czasu. Dla mnie wielkie NIE.




Najgorsza książka ever? Klątwa przeznaczenia. Dlaczego? Od czego tu zacząć... Może od tego, że główną siła napędową książki jest wielka, prawdziwa miłość w dodatku przeznaczona bohaterom przez Los. Niby nic w tym złego, czasami każdy ma ochotę o takiej niesamowitej miłości przeczytać, można z tego zrobić coś dobrego. Jednak tutaj zaczynają się schody. Ta piękna i niepowtarzalna miłość rozpoczyna się od... gwałtu. Bohaterka książki którą jest niesamowicie delikatna, subtelna i dobrze wykształcona zostaje zgwałcona na oczach setki ludzi (tak można nazwać to gwałtem zbiorowym), pozbawiona w ten sposób dziewictwa czym gwałciciel (tfu... jej wybranek) chwali się publicznie przerywając gwałt by pokazać rękę umazaną dziewiczą krwią. Po czynie tak brutalnym i obdzierającym z godności... Nie dzieje się nic. Bohaterka popłakuje przez jedną noc, a parę dni później rozważa jak wkupić się w łaski swego gwałciciela, jednocześnie komplementując w myślach jego urodę. 

To nie jedyny grzeszek tej książki. Narracja zmieniająca się czasami wręcz ze zdania na zdanie, przeskakując z pierwszoosobowej w trzecioosobową. Kompletnie płascy i sztampowi bohaterowie... Ktoś jest gruby? Zły. Ktoś jest szczerbaty, niski, brzydki, łysy? Zły. Na kartach powieści pojawia się ktoś wysoki, z błyskiem w oku, przystojny itd. Dobry. 

Wiecie kto tak naprawdę jest głównym bohaterem tej książki? Olbrzym. Tak nazywane jest... przyrodzenie głównego bohatera. Imię te powtarzają nie tylko niewiasty, ale i przyjaciele naszego Mistrza. Tak w tej książce nawet faceci komentują urodę i wielkość oręża, najbardziej męskiego ze wszystkich samców. W tym świecie czymś najnormalniejszym w świecie jest sytuacja że gdy trójka obcych sobie mężczyzn spotyka się w łaźni, to dwóch z nich zaczyna z uznaniem spoglądać i komentować członka tego trzeciego.

Pisząc recenzje tej książki starałam się być delikatna i obiektywna. Przeczytałam, napisałam, odpoczęłam i przeczytałam ponownie. Miałam nadzieję, że na niektóre sprawy spojrzę inaczej, błędy przestaną być tak rażące. Myliłam się, było tylko gorzej.




Kiedy zobaczyłem propozycję opisania wybranego przez siebie egzemplarza książki w ramach „Tych książek nie lubimy..” to aż nie mogłem się powstrzymać, żeby nie skorzystać z okazji. Jest jeden, jedyny tytuł, nad którym mógłbym się pastwić i pastwić. Zazwyczaj staram się tylko wypunktować problemy danej pozycji, ale w tym przypadku problemem jest to, że „Krew marzeń” autorstwa Susan Parisi została w ogóle wydana. 

Jeśli weźmiecie do rąk tę książkę i odwrócicie tyłem do siebie, to ujrzycie napis sugerujący podobieństwo do „Pachnidła”. No dobra, sugeruje dokładnie klimat „Pachnidła”. Tak, tego „Pachnidła”, które napisał Patrick Süskind. Mam tylko nadzieję, że nigdy on nie trafił na „Krew marzeń”. Albo że trafił, ale w innych wydaniach nie ma tego bluźnierstwa. Książka opowiada tylko o dwóch rzeczach: ćpaniu i seksie. Akcja tego, opisywanego jako „thriller historyczny” z „ekscytującą i lubieżną” historią, gniotu można streścić do następujących zdań:

„Aaaa, ćpam ćpam, on mnie naćpał, ale ćpam, ćpam”.
„Ooo, a teraz uprawiam seks, dużo seksu, ooo seks, och jak wspaniale”.

Teraz wrzućcie te dwa zdania w pętle i macie książkę! Jakieś opisy XVIII-wiecznej Wenecji? W końcu karnawał jest, a ten jak wiemy był bardzo widowiskowy. Nie, po co. Lepiej zamknąć akcję do mieszkania/szopy/kabiny w łodzi/dowolnego innego małego pomieszczenia i pisać o ćpaniu i seksie. Głównie w formie przemyśleń naćpanej siedemnastolatki. Ja rozumiem erotyki i w ogóle. Ale teksty w stylu „och, on mnie wziął, och, jestem naćpana, och jak dobrze, on mnie wziął, och jestem naćpana, och on mnie wziął, jak świetnie” prowadzone przez całą książkę nie można nazwać inaczej, jak czystą grafomanią. Niech Was ręce boskie bronią przed tą pozycją.




Ludzka psychika jest bardzo złożona i to dlatego zawsze lubiłem powieści z gatunku thrillera psychologicznego. Pełen nadziei na dobrą lekturę sięgnąłem po „Czerwień obłędu” Dawida Waszaka. Dobrze radzę, nie popełniajcie tego błędu, bo to właściwie historia bez porządnej redakcji, przypuszczam (bo przypuszczać mi wolno), że wydawnictwo nie poczyniło na niej żadnych większych poprawek. Trochę cykałem się pisać negatywną recenzję książki, bo wiadomo – egzemplarz recenzencki w dodatku od autora i tak dalej. Czy można jednak chwalić coś, co składa się z samych okropieństw? Okropny jest język, sposób prowadzenia fabuły, irytujący bohaterowie, a najgorsze z tego wszystkiego są opisy. Żywię niewysłowioną awersję do twórczości każdego autora, który krew opisuje jako „czerwony, gęsty płyn” i nie wiem czy mam się uśmiechać z politowaniem, czy płakać, gdy czytam podobne rzeczy. Nie lubię też, gdy nadmiar rzucanych „kurew” robi z głównego bohatera prostaka, zamiast dodać mu autentyczności. Niech Was nie zmyli gabaryt „Czerwieni obłędu”, bo chociaż to powieść króciutka, jej lektura jest długą męką przez największe błędy, jakie tylko autor może popełnić. Powiedziałbym, że książka mogłaby posłużyć jako antyporadnik dla wszystkich, którzy chcą wiązać swoją przyszłość z pisarstwem, ale tego nie powiem. Bo byłoby to niemiłe.


Quidportavii z Drzwi do innego wymiaru


Już tu raz byłam tu z niejakim Endgame, ale od tamtej pory trochę się pozmieniało. Aktualnie na piedestale z podpisem „NIE CZYTAĆ! CZYTANIE TEGO GROZI MYŚLAMI SAMOBÓJCZYMI!” znajduje się niepozorna z wyglądu książka Davida Almonda – Pieśń dla Elli Grey

O czym opowiada? Grupa nastolatków w czasie libacji na plaży spotyka chłopaka z lirą. Chłopak szarpie struny tak, że laski mdleją. Jedna z dziewczyn dzwoni do swojej przyjaciółki, aby też mogła usłyszeć te muzykę. Ta z marszu zakochuje się w grajku, a grajek w niej. [SPOILER!] Później w sumie nie dzieje się nic ciekawego, aż laska niechcący staje na żmii (na cholernej pustej plaży jej nie zauważa…) i umiera. Grajek chyba też umiera, chociaż plotka niesie, że może wcale nie [KONIEC SPOILERU] To tyle, jeśli o fabułę chodzi. Serio, nie ma niczego ponad to. 

Przysięgam – w tej książce nie dzieje się nic oprócz chlania na plaży i seksu w namiocie. Seks nie jest opisywany, więc nie da się go policzyć na plus. Cała książka jest napisana komicznie poetyckim językiem, dzięki czemu dostajemy liczne opisy drzew, kwiatków, muszek, żmijek, fal i takich tam zupełnie nieinteresujących nas pierdoletów. Cały wątek romantyczny dzieje się poza książką, bo narratorem jest przyjaciółka tytułowej Elli. Tak więc o związku Elli i Orfeusza (=grajka) wiemy… wiemy, że jest. Tyle. Reszta to chlanie taniego wina na plaży. Serio.

Wiecie jak w tej książce uczniowie odnoszą się do nauczycieli? Dosadnie. Powiedzieć do polonisty, że jest „zużytą parówą” czy „bezużytecznym worem”, zasugerować mu, że przydałoby się, żeby kogoś zaliczył i tego typu sytuacje są tam normą. Swoją drogą nauczyciel wyzywajacy uczennicę od „suk” też nie robi większego wrażenia. Właściwie ciężko się w tej książce dopatrzeć normalnych dialogów. 

W Pieśni dla Elli Grey absurd goni absurd, „ano” goni „ano”, a chęć spalenia tej książki wzrasta z każdą stroną. Z chęcią zniechęcałabym was do niej dalej, ale zostały mi dwie linijki w Wordzie,więc poprzestanę na prośbie: nie róbcie sobie tego, nie czytajcie Pieśni dla Elli Grey. Szkoda czasu. Szkoda nerwów. Szkoda tylu świetnych książek, które można by w tym czasie przeczytać. Poważnie.




W swoim życiu przeczytałam kilka złych książek, ale jak mnie dorwiecie choćby o 3 w nocy i zapytacie o jakąś literacką paskudę wrzasnę jedynie „DWORY S.J.MAAS!”. Z jednej strony potrzebuję z siebie wyrzucić, co uważam o tym „dziele”, z drugiej skręca mnie na samą myśl o nim. Dobra, pierwszy tom bym totalnie głupim i nudnym romansidłem, ale drugi... „Dwór mgieł i furii” jest najgorszym, co miałam okazję przeczytać. Zachowam się trochę jak student prawa, ale... Studiuję psychologię i po pierwszych zajęciach z bardzo okrojonego wstępu do psychopatologii nienawidzę tej książki jeszcze bardziej! Cholera jasna, jak mi ktoś powie, że to coś ma wartość psychologiczną to zarobi z łyżwy! Nie mówię już o tym, że Feyra ma PTSD tylko jak autorce to pasuje i momentami wręcz magicznie się leczy. Maas najpierw wpędziła Tamlina w problemy psychiczne tylko z innymi objawami niż u naszej Mary Sue, potem przez to zrobiła z niego największego złamasa i sprawiła, że czytelnicy nienawidzą tej postaci. Tak, bo też ma PTSD! No i jeszcze obwinia się go, że nie zareagował na problemy Feyry. Tylko jak dwie chore psychicznie osoby mają sobie pomóc? Nie radził sobie sam ze sobą, ale miał ratować naszą „biedną owieczkę”, bo jej na pewni jest milion razy gorzej (pamiętajcie, Mary Sue zawsze ma najgorzej i jej się wszystko należy). Spoko, a potem ona zupełnie olała jego problemy i stała się wyzwoloną, silną, niezależną kobietą! To jakiś żart z feminizmu. Dodajmy do tego, że nagle Feyra jest najpotężniejsza, najlepsiejsza i w ogóle to jakaś wielka zbawicielka z niej! Czekałam aż zacznie strzelać laserami z oczu. W dodatku ta książka jest potwornie przegadana, gdyby wyciąć z tego całe pitolenie o niczym naszej heroiny i problemy z dupska to z 800 stron zrobiłoby się jakieś 200. Akcja jest ale jej nie ma, bo najważniejszy jest ROMANS. (Spoko, tylko uczciwie zmieńcie kategorię na romans, a nie wciskacie w fantastykę!) Maas jest tu subtelna niczym różowy radziecki czołg wymalowany w kwiatki, który wjeżdża z rozpędu wygrywając przy tym „ZA MATUSZKĘ RASYJĘ!”. No chce kobieta pozwodzić czytelnika, a przy tym tak perfidnie pokazuje kto z kim będzie, że łapie mnie zażenowanie. Albo rybki albo akwarium. Większość bohaterów jest spłaszczona, żeby Feyra mogła być w pełni marysiowata, fabuła liczy się głównie jak trzeba jakoś popchnąć wątek romantyczny, a na koniec 3/4 postaci dostaje totalnego zaćmienia mózgu. (Głównej bohaterce nie ma czego zaćmiewać.) To jest naprawdę gigantyczny skrót tego, co jest nie tak w tej książce. Kompletnie nie rozumiem skąd taki hype na to, łapię się za głowę, jak widzę opinie, że TO jest lepsze od „Szklanego Tronu”, a jak ktoś uważa, że ma to „wartość psychologiczną” to niech zapozna się z ICD-10 lub DSM-5 i kodeksem etyki psychologa klinicznego (albo czymkolwiek innym o problemach psychicznych), szybko zrozumiecie, że ta wartość to wstrętny żart z psychopatologii.




Najgorszą książką w moim życiu, jest „twór”, pt. „Wikingowie. Wilcze dziedzictwo” pióra Radosława Lewandowskiego. Co prawda jest to pierwsza część serii, jednak tak mnie zniesmaczyła, że nawet jej nie kontynuowałam. Zaczęło się dobrze. Jakiś chłopak się gubi i w trakcie ucieczki przed wilkami trafia w sam środek magicznego kręgu. Zostaje przeklęty, czy jak to inaczej można nazwać i... I tu wszystko co było ciekawe się kończy. Język książki jest chamski, prostacki, wyzywający, zaczepny, ordynarny, przy każdym powtórzeniu imienia "Asgot", autor stawiał plugawe określenia, słowa "gówno", "rzygać", "oszczać" czy "zerżnąć" albo wyrażenia podobne do "z dupy wysrany" są tam na porządku dziennym. Nigdy, ale to nigdy wcześniej, nie czytałam tak grubiańskiej książki i gdybym wiedziała, że tak wygląda jej wnętrze, to nigdy bym po nią nie sięgnęła. Ja wiem, że to mają być wikingowie, nie sądzę jednak, że bez przerwy zachowywali się jak stado napalonych knurów. 

Cała książka jest napisana okropnie sztucznie, świat jest nierealny, a postacie niedopracowane. Książka "skacze" pomiędzy wydarzeniami, więc w końcu czytelnik nic z niej nie wie. W książce też wręcz dominuje przesyt wszystkiego. Całe mnóstwo powtórzeń, w szczególności, gdy tylko była mowa o atrybutach kobiet. Ale jedno, co mnie naprawdę położyło na łopatki, to nazwy własne wymyślone przez autora. Wyobraźni mu widocznie nie brakuje, bo nawet wyspę potrafił nazwać epitetem utworzonym od cycków. Nie znam się ani na rodzajach broni, ani na historii, ale autor ewidentnie próbuje się pochwalić swoją wiedzą na te tematy. Chyba się jednak trochę przeliczył, bo ktoś kto wziął tę książkę do rąk, myśląc, że to fantasy, nie chciał raczej wiedzieć, że ten miał taki topór, a ten jakiś inny nóż, tylko liczył na jakieś starcie bogów i ich mocy. Podsumowując, chciałam książki, z której dowiem się czegoś, o ostatnio bardzo modnej, mitologii nordyckiej, a w zamian za to dostałam całkowite dno, marną opowieść o stereotypowych wikingach. Ta pozycja trafia do najgorszych z najgorszych na mojej liście i nigdy w życiu nie przeczytam kontynuacji, choćby były to ostatnie książki na świecie. Jestem ogromnie zniesmaczona.




Ostatnio przeczytałam książkę, która spowodowała, że odechciało mi się czytać. Dosłownie. Zaraz po niej musiałam sięgnąć szybko po coś, co mnie rozrusza i zapomnę o tej złej lekturze. Tą książką okazała się „Dziewczyna w walizce” Raphaela Montesa. Dawno, podczas czytania, nie miałam takich nerwów, bo książka którą wielu tak zachwalało, jest zwyczajnie do bani. Początek zapowiadał się ciekawie, ale do czasu. W pewnym momencie spytałam samą siebie „po cholerę ja to czytam?”. W książce poznajemy młodego chłopaka o imieniu Teo, który przypadkiem poznaje szaloną Clarice. Zakochuje się w niej, lecz bez wzajemności. Dziewczyna daje wyraźne znaki, że nie jest zainteresowana, co na Teo działa jak płachta na byka i posuwa go do (lekko ujmując) drastycznych środków. Fabuła dość ciekawa, ale gdyby Montes przyłożył się bardziej do tej historii, mogłaby to być naprawdę dobra książka, a tak jest nudna jak flaki z olejem. Akcja w której dziewczyna walczy z przeciwnikiem jest nijaka i nie wciąga czytelnika wcale. Powtarzające się wątki z usypianiem dziewczyny, umieszczanie jej w walizce i udawanie przed rodziną, że wszystko jest w porządku, w moim przypadku zakończyło się niedokończoną książką. Ale. Bo takowe też jest. Muszę przyznać Montesowi, że ciekawie zaczął. Wykreował bohatera, który zaintrygował mnie na pierwszych stronach powieści chociażby tym, że miał bardzo nietypową przyjaciółkę i miałam nadzieję, że to tylko początek, że dostanę ciekawą historię o chłopaku, który borykał się z zaburzeniami psychicznymi i nie dopuszczał do siebie myśli, że jego ofiara miłości go odrzuca. Zabrakło tego dreszczyku emocji, akcji, co jest najważniejsze w thrillerach. Zamiast tego dostałam nic innego, jak rozczarowanie. Po całej reklamie, bardzo ciekawej okładce i opisie spodziewałam się o wiele więcej, tym bardziej, że w thrillerach dopiero raczkuję. Nawet jak na mnie, początkującą czytelniczkę tego gatunku, to za mało.




Nie wiem, która z do tej pory przeczytanych przeze mnie książek jest absolutnie najgorsza, ale Pieśni Ziemi Elspeth Cooper z pewnością znajdują się w ścisłej czołówce. Co ciekawe, książka nie drażni jakimiś szczególnie rażącymi błędami na tle literackim (choć pod tym względem rewelacji też nie ma), ale kompletnym brakiem wyobraźni czy oryginalności. 

Zdaje sobie sprawę, że rzeczony tytuł nie należy do szczególnie popularnych, więc wyjaśniam, w czym rzecz: Pieśni Ziemi opowiadają o młodym mnichu rycerzu, obdarzonym magicznymi mocami i żyjącym w fikcyjnym świecie, którego realia wzorowane są na głębokim średniowieczu. Za czary zostaje skazany na śmierć, jednak ratuje go ekscentryczny starzec, który pomaga mu uciec do szkoły dla magów, przy okazji okazując się jej dyrektorem. 

Ta książka tak bezczelnie zżyna z innych znanych powieści poruszających podobną tematykę, że aż po prostu gwałci przewspaniały gatunek, jakim jest fantastyka. Utwory fantastyczne powinny cechować się dużą inwencją twórczą pisarza. Muszą być niepowtarzalne, wypełnione wyobraźnią, a przy tym na tyle przekonujące, aby czytelnik był w stanie wprost uwierzyć w istnienie świata przedstawionego na kartach. Tymczasem Pieśni Ziemi nie mają w sobie chociażby krzty wymienionych wyżej cech. To po prostu słaba podróbka serii o Harry’m Potterze, zmieszana z bardzo banalną wizją heroic fantasy. Dosłownie każdy aspekt powieści woła o pomstę do nieba: świat przedstawiony jest nudny i nieoryginalny, no i bardzo słabo rozwinięty; bohaterowie okazują się przeraźliwie płascy, co dotyczy przede wszystkim głównego bohatera Gaira, który stanowi uosobienie wszelkich cnót, oraz vallaina, który „zabijał muchy już w kołysce”; dodajmy do tego jeszcze mentora do złudzenia przypominającego Gandalfa czy Dumbledore’a, kluchowatego sidekicka i przepis na zupełnie nieudaną książkę gotowy. A to wciąż nie wszystko — w Pieśniach Ziemi znajdziemy także kiepski wątek miłosny, puste dialogi oraz przewidywalną fabułę. 

Bardzo nie polecam.




Ostatnimi czasy, sięgam po książki o różnej tematyce. Dość dużo w nich pozycji obcojęzycznych wydawanych na Amazonie przez autora, w postaci elektronicznej, gdzie papierowych egzemplarzy zwyczajnie nie ma. Czasami można znaleźć cuda, które wciągają do cna, a czasami… można znaleźć bubel, który obrzydza nowych autorów. 
Tak właśnie jest z „One you can’t forget” Lexy Timms. 
Sięgnęłam po tę pozycję z ciekawości do okładki oraz z mojego uwielbienia do motocykli. Myślałam, że będzie to coś podobne go „Hades Hangmen”, bądź od biedy do „Niepokornej”. Dostałam coś znacznie gorszego. 
Totalne dno.
Poznajemy Emily Rose Dougherty, która pochodzi z dobrej rodziny. Jest typową grzeczną dziewczynką, ale kręcą ją niegrzeczni chłopcy, ma się rozumieć, na motocyklach inni już nie. Swego czasu randkowała z takim jednym – Lukiem ( nie wiem czemu, ale ciągle mam w głowie Star Wars), a ten miał Harleya Davidsona. Wszystko to jednak było wspomnieniem, bo ich związek się rozpadł. Emily spotkała kolejnego mężczyznę na swojej drodze – Evana, który był obsesyjnie zakochany w niej i kiedy ich uczucie także zgasło robił dziewczynie pod górę w każdym możliwym momencie. Tym oto sposobem Dougherty została aresztowana za kradzież samochodu, a wzmianka o tym pojawiła się w lokalnej gazecie, która trafiła w ręce Luke’a. Za sprawą „smsa od byłego” spotykają się w warsztacie harleyowca, obok którego znajduje się klub motocyklowy. Klub, gdzie władzę przejął członek, który nie przepada za Wade’m, z wzajemnością. Nie odchodźmy jednak tak daleko, bo akcja nie skupia się na klubie i sprzedaży narkotyków, a na powracającej miłości miedzy dwojgiem dawnych kochanków. Końcem końców, żyją długo i szczęśliwie, a ja czytając ostatnie zdanie zastanawiałam się czy mogłam inaczej spożytkować te trzy godziny, podczas których przeczytałam to badziewie.
Nie wiem, za co ta książka ma ocenę 4 na goodreads nie wiem, dlaczego powstały kolejne części. Poza szczegółowymi informacjami modeli motocykli nie ma tu kompletnie niczego, co sprawiłoby, że książka nadaje się do czytania. Nudna, przereklamowana, napisana niedbale i pełna infantylnych dialogów, które nie wnoszą nic do całości fabuły. 
Nie polecam. 
Lepsze byłoby patrzenie 3h w ścianę, niż czytanie tej pozycji.




Jedną z najgorszych książek, jaką przeczytałam, było „Ponad wszystko”. Wokół niej narobiło się tyle szumu przez ekranizacje, a także w blogosferze przeczytałam kilka pozytywnych opinii. Tak ją reklamowano, chwalono, a jednak od początku zawiewało mi wielkim absurdem. Ja rozumiem, że istnienie niepisane prawo, że debiuty się wybacza, ale jak już pisze się o czymś, to powinno się sprawdzić wszelkie źródła, bo jak się okazuje — z SCID (nieuleczalną chorobą głównej bohaterki) można w miarę normalnie żyć. Po terapii szpikiem kostnym można wyjść na zewnątrz, przestrzegając oczywiście kilku zasad. Nie muszę być ekspertem, wystarczy godzinę pogrzebać w literaturze naukowej, czy Internecie. Tymczasem dziewczyna siedzi zamknięta w domu i nie pamięta, by kiedykolwiek była na zewnątrz.

UWAGA! Spojler!
Jednak koniec to w ogóle rozwalił wszystko. Okazało się, że matka bohaterki popadła w paranoję po śmierci męża i syna. Uroiła sobie chorobę córki, by była ona bezpieczna. Działało to przez naście lat! Ekspertem nie jestem, ale ktoś chyba w ciągu tego czasu powinien sprawdzić historię choroby dziewczyny. Nikt jednak nawet nie nalegał, by robiła w szpitalu kontrolne badania, a co tam, to „tylko” nieuleczalna choroba, która może doprowadzić do śmierci.

To jest tak nieprawdopodobne, że nie mogę wyjść z podziwu, że doczekało ekranizacji. Możliwe, że problem leży wyłącznie po mojej stronie – doszukuję się prawdziwych informacji.

                                                        

No i to koniec na dziś! W komentarzach dajcie znać, które książki wam nie podobały się w szczególności i oczywiście dlaczego! :)

Zajrzyj również tu

65 komentarzy

  1. W planach mam tylko "Ponad wszystko" - wierzę, że spodoba mi się nieco bardziej niż In My Book. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Boże, nie pamiętam kiedy ostatnio się tak uśmiałam! Padłam czytając opinię o Dworze mgieł i furii :D Pierwszy tom był dla mnie mdły i totalnie nijaki (chyba, że mowa o scenach gdzie pojawił się Rhys), a drugi strasznie mi się podobał. ALE - no właśnie. Ja tę książkę potraktowałam jak romans paranormal i TOTALNIE się zgadzam, że Maas, ją przegadała - bo na cholerę tam aż tyle stron ;)

    Jestem totalnie rozdarta w swojej opinii, bo z jednej strony pokochałam wątek Rhysanda i Feyry (ale nią samą dalej gardzę...), ale z drugiej, kiedy słyszę nazwisko Maas od razu przychodzi mi na myśl jedno - PATOS.

    Teraz czytam trzeci tom i znowu ta sama sytuacja. Książka mi się podoba, ale są aspekty, przy których szlag mnie trafia (no i chyba Sarah naczytała się, pisząc ten tom, jakiś tanich erotyków - bo nie zliczę ile razy Feyrze "podkurczyły się palce u stóp"...

    I droga Lucy! Dlaczego do jasnej cholery ja jeszcze nie mam Twojego bloga w obserwowanych?! Pędzę to zmienić! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale wygranko, że nawet nie zbliżam się do trzeciego tomu. Już się naczytałam, że Maas zbyt ostro poleciała w erotykę. Niech ktoś zrobi coś dobrego dla świata i jej uświadomi, że nie potrafi tego pisać! :') Boję się tylko, że to mocno się odbije na "Szklanym Tronie", bo już słyszałam, że "Tower of down" zbacza w te rejony.

      Ja wyjaśniam - jestem internetowym ninją! Nie wiem czemu, ale nigdy nie da się mnie znaleźć! D: Zapraszam do mojego cyrku. ♥

      Usuń
    2. Hahahahahahahhahaahhaha xD Umarłam - Rhys i Feyra tak, ale nią samą gardzę xD
      O Jezu daj spokój, i te dziko entuzjastyczne recenzje... Ja wiem, to się moze podobać, ale chyba widać, że poziom drastycznie spadł, prawda? :/
      Lucy, bój się Boga, nie zbliżaj się do trzeciego tomu xD

      Usuń
    3. Welp, przed drugim tomem zastanawiałam się nad akcją #saveRhysfromFeyre ale książątko też ma swoje za uszami. Maas tak od ACOMAF zaczęła spadać, "Imperium Burz" po pierwszym szoku, że doczekałam premiery, też nie jest takie idealne - kwestia tego, że nagle SJM stwierdziła, że świetnym planem będzie wyswatanie każdego z każdym i sceny erotyczne. Wcześniej ta seria tak świetnie sobie radziła bez takich rzeczy i coś tu nie wyszło. ManonxDorian to jakiś żart! "Tower of Down" podobno urzeczywistnia wszystkie moje dworowe koszmary, no kurde!
      Teraz to mnie poduszczasz! Nigdy nie byłam bogobojna, ale no kurde nie będę się znowu zadręczać, żeby nie wyjść na leszcza XD Nie ma szans, żebym sięgnęła po więcej tego uniwersum.

      Usuń
    4. A jeszcze mają być nowelki! XD

      Usuń
  3. Przyjemnie czytało się cały ten post. Oczywiście każdy ma inny gust, ale po kilka wymienionych tu tytułów na pewno nie sięgnę. ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Świetny pomysł na post! :) Dobrze się dowiedzieć, jakich książek blogerzy nie lubią :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki :D Jeżeli jeszcze nie miałaś do czynienia, to przeczytaj poprzednie posty z tej serii :D

      Usuń
  5. Au. Zabolał mnie ten widok Dworu skrzydeł i zguby oraz Ponad wszystko... Ale cóż, są różne gusta i to jest piękne. O Wyśnionych miejscach słyszałam naprawdę tyle ZŁEGO, że nie zbliżam się do tej książki. Jeśli chodzi o mnie, to najgorszą książką, jaką kiedykolwiek czytałam, było chyba Nic do stracenia Kirsty Moseley. Do dzisiaj na myśl o tej powieści podnosi mi się ciśnienie ;)

    Pozdrowienia i buziaki!
    BOOKS OF SOULS

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dominika, witam w klubie! Nic do Stracenia mnie tak wkurwiło, że recenzja była przelana hejtem i wściekłością.

      Usuń
    2. Ja też tak tylko cicho podszepnę, że Rhys to mój książkowy crush i mentalnie warczę gdy ktoś jest na nie :D Mimo wszystkich jego powalających na kolana zalet rozumiem jednak, że nie każdemu podoba się to samo. Ba! Nawet taką różnorodność doceniam ;)

      Usuń
  6. Inaczej wyobrażałam sobie "Klątwę Przeznaczenia", to co o niej przed chwilą przeczytałam naprawdę mnie zaskoczyło, myślałam, że to będzie coś fantastycznego, a nie z gwałtem zbiorowym i miłością do oprawcy, nawet po okładce się tego nie spodziewałam! :O
    Z książek, które zostały tu wymienione, miałam okazję przeczytać jedynie "Ponad wszystko", która nawet mi się podobała, ale przyznam, że nie szukałam informacji na temat tej choroby w sieci, być może rzeczywiście była trochę niedopracowana, ale ja nie zwróciłam na to szczególnej uwagi, zwłaszcza, że to młodzieżówka. :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też i to mnie odrzuca po prostu...

      Usuń
    2. Nawet nie wiesz jak ja się zdziwiłam, gdy nawet z lodówki wyskakiwały mi entuzjastyczne recenzje Klątwy, a tu taka niespodzianka. Przez chwilę zastanawiałam się, czy czytam tą samą książkę :D

      Usuń
    3. Hahahhaha nie dziwię się xD Podobnie miałam z trzecim tomem Dworów...

      Usuń
  7. Kurcze, ale żałuję, że przeczytałam ten spoiler z książki "Ponad wszystko"...książka z takim zaskakującym zakończeniem miałaby naprawdę szansę mi się spodobać, no ale trudno, i tak ją może przeczytam. ;-) A do reszty, może poza Sarah J. Maas, którą mimo wszystko mam w planach, nie będę się nawet na krok zbliżać. :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Musisz mi wybaczyć :/ Pominęłam ten spoiler przy oznaczaniu, nie wiem jakim cudem, teraz dziabnięte jest innym kolorem (jak zawsze), żeby nawet przypadkiem tego nie przeczytać, jak pewnie miało to miejsce w Twoim przypadku :/

      Usuń
  8. Z tych książek zastanawiałam się tylko nad "ponad wszystko" bo gdzieś na półkach ją posiadam, co do reszty to się nie wypowiem chociaż o kilku słyszałam bardzo dobre opinie ;)
    Zaczytana Weni

    OdpowiedzUsuń
  9. Bardzo ciekawy wpis chociaż totalnie nie mogę zgodzić się z opinią o "Dworach", których jetem fanką. Jeżeli chodzi o "Klątwę przeznaczenia" to owszem gwałt, a potem miłość nie zasługuje na oklaski, ale cała reszta jak na polską fantastykę jest całkiem dobrze napisana. Przede mną jeszcze lektura "Wyśnionych miejsc" oraz "Czerwieni obłędu", więc mam nadzieję, że choć trochę bardziej mi się spodobają :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tutaj bym się kłóciła bo polska fantastyka stoi naprawdę na dobrym poziomie, a nawet parę książek wybitnych się znajdzie. Z tym, że komuś książka może się podobać nie dyskutuję, sama uwielbiam Achaję :D

      Usuń
  10. Nie zgadzam się tylko z Dworem - pierwszy był rzeczywiście nie najlepszy, ale drugi bez reszty mnie oczarował. Zaskoczyła mnie opinia o "Klątwie..." - wcześniej się co do niej wahałam, ale po takiej rekomendacji zdecydowanie podziękuję. Jedyną, którą chciałabym przeczytać mimo tego, że znalazła się w tm zestawieniu jest "Ponad wszystko" - jestem ciekawa o co tyle szumu, choć na pewno nie przeczytam jej zbyt szybko, bo niestety zaspoilerowano mi zakończenie (ryzyko chodzenia po książkowych blogach... :/). Resztę wymienionych książek będę omijać szerokim łukiem! ♥

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumiem, ile osób, tyle opinii :D
      Ajjj :/ Straszne, nie ogarniam jak można spoilerować zakończenie w recenzji :/

      Usuń
  11. O rany, ile złych książek!
    Jedyną, którą czytałam, to Wikingowie. I dla mnie była całkiem ok. :) No i strasznie spodobał mi się ten pleonazm "z dupy wysrany". <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie można określić ich jako "złe", bo tak się nie da, po prostu nie podobały się one konkretnym czytelnikom :)
      Boże, to jest straszne...

      Usuń
  12. Klątwa Przeznaczenia <3333
    Nie no, żartuję. Ostatnio próbuję zrozumieć fenomen tej książki (średnia 8.0 na lc nie wzięła się sama z siebie) i nie potrafię. Już zostawmy ten gwałt, ale czy osoby, które w przeczytanych mają nieco ambitniejszą literaturę, naprawdę nie widzą tego, jakim gniotem jest ta książka, jak źle jest napisana? Redakcja tam leży i kwiczy, błąd logiczny pogania kolejny błąd logiczny, bohaterowie płascy i nagle wszystkim to się podoba? Przeraża mnie to.
    Nie czytałam Ponad wszystko, ale ogarnęłam sobie ten spoiler i niespodzianka, niczego sobie nie zaspoilerowałam, tylko potwierdziłam moje przypuszczenia co do tego zakończenia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahahahhahaah xD Kurde, 8.0 to naprawdę hardcore, ale cóż, promotion...

      Usuń
    2. Momentami się nawet zastanawiałam, czy ludzie po prostu nie wystawili oceny bo autorki takie miłe, a później było im się głupio z tego wycofać? Nie wiem, nie rozumiem. Za to uwielbiam Armadę bo pięknie rozkłada te dzieło na łopatki ;)

      Usuń
  13. Aż śmiać mi się chce, że wiekszość z tych książek miałam na liście do przeczytania. Ale jak to sie mówi ile ludzi tyle opinii. No cóż, wpis bardzo ciekawy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Będziesz mogła zweryfikować swoją opinię z opiniami innych :D Dziękuje <3

      Usuń
    2. Mi też parę tytułów się przewinęło :D Szybko listę skorygowałam :D

      Usuń
  14. Oh Ty, która napisałaś, że nie lubisz Dwórów już Cię nie lubię :D Jak nie cierpię fantastyki tak całą tę serię uwielbiam, a Ty takie coś? Chyba snie się dogadamy :D Reszty książek nie czytałam, oprócz 'Wyśnione miejsca', które swoją drogą nie za bardzo mnie zachwyciły.

    OdpowiedzUsuń
  15. B o ż e. K o c h a m t ą s e r i ę p o s t ó w.
    Z tego akurat czytałam tylko dwie książki. ,,Wyśnione miejsca" i podpisuję się rękami i nogami, że była to jedna z najgorszych książek jakie przeczytałam. Jedyne co mi się w niej podobało to cudowna okładka! Drugą z wymienionych to ,,Ponad wszystko" może nie dodałabym jej do najgorszych, ale spodziewałam się czegoś lepszego, pomysł na pewno ciekawy, ale jego wykonanie słabe.

    U mnie jak bym tak miała napisać o w miarę aktualnej książce którą czytałam i była okropna jest ,,Chłopak, który zakradał się do mnie przez okno", do dzisiaj nie potrafię zrozumieć jak to coś może się komuś podobać. Ale szanuję, bo każdy ma inny gust :)

    Pozdrawiam, Jabłuszkooo ♡
    Szelest Stron

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahahahaha bardzo się cieszę <3
      Jezu, aż tak? A ja widziałam tylko mega pozytywne recenzje tej książki :/

      O! Nie Ty jedna wymieniasz tu tę ksiażkę :/

      Usuń
  16. Ja nigdy nie zrozumiem fenomenu Greya i wszystkie z tej serii będą dla mnie najgorsze

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumiem, to naprawdę MOŻE się nie podobac :D

      Usuń
  17. Przyznam, że mi na swój sposób Klątwa Przeznaczenia się podobała, ale miała też sporo dużych wad. I szczerze mówiąc, gdy czytałam powyższą opinię od MocnoSubiektywnej, to nie sposób jest się z nią nie zgodzić, bo ujęła w słowa idealnie to, co trzeba powiedzieć o błędach w tej książce (a raczej nie błędach, tylko absurdach). Jednak przez wzgląd na mój często specyficzny gust i ogromną sympatię do autorek nadal twierdzę, że podoba mi się ta książka ;d

    Obsession With Books

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najważniejsze, by zdawać sobie sprawe z błędów i absurdów danej ksiażki :)

      Usuń
  18. Ooo nie, ale jestem pierdołą! Chciałam Ci wysłać coś do tego wpisu i kompletnie o tym zapomniałam. Innym razem :)

    Jestem zdziwiona AŻ tak negatywną opinia o "Ponad wszystko" :D Ale z drugiej strony rozumiem że to może komuś nie przypaść do gustu.

    Dla mnie jedną z gorszych książek EVER były "Pamiętniki wampirów" - przeczytałam 1,5 tomu i powiedziałam "NIE! Za jakie grzechy!?" Uwielbiałam serial więc postanowiłam zabrać się za książki... co to była za katorga. Poziom grafomaństwa jak stąd na księżyc. Elena jak główna bohaterka była wkurzająca a serialu ale w książce była wręcz obraźliwie stereotypową amerykańską nastolatka której nie dało się znieść. Dodatkowo jak na serial w którym są wampiry inne wymiary ta książka była po prostu pojeb***. Sorry ale inaczej się tego określić nie da. Chaos!

    booklicity.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To nic! Wyślij jeszcze, na pewno będzie kolejny wpis z tej serii :D

      Oooo, Ty babo Ty! Ja uwielbiam Pamiętniki! Ale tylko te tomy, które autorka sama napisała xD

      Usuń
  19. Dla mnie najgorsze na pewno było Nic do stracenia (UGHHHH) oraz seria After, choć mnie wciągnęła. Hm...a no i książki Hoover. Nie rozumiem szału na nią, uważam, że jej lektury są o niczym. Dlatego mnie tak wkurza. Klątwy nie czytałam, ale słyszałam podobne opinie. A co do Dworów, czytam własnie ten drugi tom i Freya jest dość dziwna, w sensie denerwuje mnie, ale w sumie całość jest okej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahahahha no tak "była paskudna, ale ją uwielbiam" - skąd ja to znam?

      Usuń
  20. A chciałam przeczytać "Ponad wszystko" i teraz nie wiem... :)

    OdpowiedzUsuń
  21. Jestem mistrzem i nie ogarnęłam kilku literówek. :') A tak poza tym kocham tego typu posty, ilu ciekawych rzeczy można się dowiedzieć. Chyba zamieszkam w sekcji komentarzy! Tak w ogóle przymierzam się do analizy "Klątwy Przeznaczenia" (polecam Niezatapialną Armadę Kolonasa Waazona), bo aż mnie korci, żeby się przekonać jak bookstagram znowu nawciskał ludziom kitu. Nie ma to jak gwałt! W ogóle ta część polskiej fantastyki skupiająca się na seksie to jeden wielki koszmarek, bez względu na poziom autora! Czy to Sapkowski czy jakieś debiutantki z nikłym stażem, erotyzm zawsze wypada potwornie. Nie pojmuję czemu nasi rodzimi autorzy próbują sprzedać to w takich ilościach. Poza tym "Ponad Wszystko" jakoś tak śmierdziało mi kitem już z opisu. Kojarzyłam coś chyba z Dr. House'a na temat takiej przypadłości albo może to jakiś przypadkowy odcinek innego serialu, nie wiem, ale pamiętam, że były jakieś postępy, żeby chorzy nie musieli się zupełnie izolować. No i kurde, jak się bierze za taki temat to od razu wychodzi czy ktoś robił resreach czy stwierdził, że coś słyszał i może pisać. Spoiler w ogóle mnie powalił, to ci ludzie musieli chyba żyć w jakiejś enklawie oddzielonej od współczesnej medycyny i wszelkich organów kontrolujących sprawy rodzinne. Ale kwiatki. ♥

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadza się, jestes mistrzem xD Co mi się rzuciło w oczy, to poprawiłam, ale nie wszystko :D
      Hahahaha xD Widziałam analizę Armady! Ależ była wojna o nią, Ło Pani!

      Usuń
    2. Też uważam, że Klątwa zawdzięcza sukces tylko i wyłącznie bookstagramowi. Wyskakiwała z każdego profilu, tak że chyba większość osób tylko przez to uwierzyła że to dobra książka. Później już samo poszło... ;) Też uwielbiam Armadę! Zaczytuję się w analizy, komentarze, forum... Uzależniona lekko jestem :D

      Usuń
    3. Chwała Tobie, bo bez mojej korektorki jestem jak Mruczek bez Grażynki! </3
      Mi Armada zawsze będzie kojarzyć się z fanfikami z W11 i Wiedźmina, najpiękniejsze analizy w dziejach! :D Chociaż drama z autorkami "Klątwy..." była równie piękna, Katarzyna Michalak ma godną konkurencję!

      Usuń
  22. Przeczytałam z tej czarnej listy tylko dwie książki... na szczęście? :D Wyśnione miejsca i Ponad wszystko. Pierwsza miała fajny pomysł, o wiele gorzej z wykonaniem, a druga to takie lekkie coś, na 1,5h czytania. Obie były mocno przeciętne, ale raczej nie nazwałabym ich najgorszymi przeczytanymi przeze mnie dotychczas książkami :)

    OdpowiedzUsuń
  23. Już wiem czego nie czytać! Choć "Ponad wszystko" mam w planach :) I może na pierwszy dom Dworu też się skuszę :P

    Pozdrawiam!
    volusequat.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  24. Ja również chcę przeczytać tylko "Ponad wszystko".Jestem bardzo ciekawa, ja odbiorę tę książkę.:)

    OdpowiedzUsuń
  25. Fantastyczny pomysł na wpis. Oczywiście każdy może mieć swoje zdanie, ale w necie jest tak dużo polukrowanych recenzji, że czasem przyda się łyżka dziegciu.
    Pozdrawiam :-)

    OdpowiedzUsuń
  26. Żadnej z tych książek nie miałam i tak w planach, więc przynajmniej nic nie tracę. No może po za "Dwór mgieł i furii", bo mam w planach całą serię, ale zanim się za to zabiorę to pewnie trochę minie :D. "Ponad wszystko" czytałam i też nie wiem jak ta książka zbiera tyle zachwytów. To znaczy zła aż nie była, ale nie wrócę do niej na pewno. Obejrzę jedynie film z ciekawości.

    OdpowiedzUsuń
  27. Uśmiałam się przy czytaniu tego postu. Naprawdę opinie czytelników uratowały mnie przed popełnieniem błędów i teraz tylko będę się wystrzegać tych tytułów, aby nigdy mi przez myśl nie przeszedł ich zakup. :D
    No cóż, dla mnie najgorszą książką była "Sama się prosiła" i zdania do tej pory nie zmieniłam, bo choć pojawiły się książki również niezbyt spełniające moje wymagania to jednak dało się je czytać i znalazłyby się w nich wartości i pozytywy, a w tej książce ze świecą ich szukać.... Znajdzie się być może tylko jeden. Grrr, jak sobie o tej pozycji myślę to nachodzi mnie ochota, żeby jednak się jej pozbyć szybko dla własnego dobra, ale jest zagrzebana na dnie półki, schowana za lepszymi tytułami, więc niech będzie zapomniana! Z każdym dniem moje zdanie jedynie się pogarsza, ale już pierwszą ocenę na zachętę zostawiam, czyli w cholerę naciągane 4/10... xD
    Pozdrawiam Lex May

    OdpowiedzUsuń
  28. Świetny zbiorowy wpis, za mało mówi się o nietrafionych książkach. Nie ważne czy to debiut czy jedna z wielu znanego autora, są wśród nas i przestrzegajmy się przed nimi (wiem zabrzmiało poważnie)! W ostatnich latach za często na nie trafiam. Jedna w szczególności 'zapadła' mi w pamięć: Wszystko to,co wyjątkowe popełnionej przez Matthew Quick. Dosłownie do jednego wydarzenia książka była jak marzenie. Trudno było się oderwać,pozytywna, ale dająca do myślenia. Nie chciałam jej kończyć i powstrzymywałam się przez 'za szybkim' czytaniu jej.A potem totalna klapa,z góry na samo dno. Jedna książka,a tyle odczuć podczas jej czytania. Kto by przypuszczał,że tak dobrze rozkręcają się powieść skończy się takim fiaskiem.

    OdpowiedzUsuń
  29. Świetny pomysł na post! Muszę przeczytać poprzednie :D

    Moim zdaniem "Wyśnione miejsca" były dobrą książką, natomiast jestem w totalnym szoku co do "Klątwy przeznaczenia", "Dworów..", "Ponad wszystko" (tutaj wspomnę, że i tak przeczytam tę książkę, mimo że przeczytałam spojler xd), "Dziewczyn w walizce"... Mimo nie polecania tych pozycji, chciałabym je przeczytać! Może nie od razu kupować i żałować, ale wyszukać ich w bibliotece :D

    Pozdrawiam cieplutko! Ola z https://wroclawianka-czyta.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń

Obserwuj przez e-mail