„Maresi. Kroniki Czerwonego Klasztoru” - Maria Turtschaninoff | Fantasy dla trochę młodszych nastolatek

03 listopada

Maresi. Kroniki Czerwonego Klasztoru fińskiej pisarki Marii Turtschaninoff to książka, której szczególnie charakterystyczną cechą jest szeroko pojęta prostota, czy też minimalizm. Podczas gdy rynek czytelniczy zalewają opasłe księgi, kolejne tomy wymyślnych opowieści fantasy, autorka tej niepozornej pozycji stawia na zwięzłość. Czy słusznie? Czy prosta i krótka, paraboliczna historia, ma dziś jeszcze szansę się wyróżnić?


Jest to opowieść o niebezpieczeństwie, które pewnego razu zagroziło siostrom zamieszkującym Czerwony Klasztor, snuta z punktu widzenia czternastoletniej Maresi, nowicjuszki żyjącej między nimi. Klasztor mieści się na niewielkiej wyspie zwanej Menos, gdzie kobiety oddają cześć Pramatce, uczą się i pracują, a mężczyźni mają zakaz wstępu na jej teren. Maresi spisuje to, co zapamiętała z tamtego niebezpiecznego czasu, po roku od wydarzeń mających miejsce w powieści. Swoją historię zaczyna od przybycia na wyspę nowej dziewczyny imieniem Jai. Ma ona liczne blizny, brudne ubranie i cierpienie wypisane na twarzy. Maresi dowiaduje się, że nowa przybyła z kraju, w którym kobiety są, delikatnie powiedziawszy, obywatelkami drugiej kategorii. Wkrótce okazuje się, że mężczyzna, który ją krzywdził, usiłuje ją za wszelką cenę odnaleźć i odzyskać, stając się zagrożeniem dla całego Klasztoru.

Do Maresi. Kronik Czerwonego Klasztoru pasuje chyba bardziej określenie „mikropowieść”. To maleństwo liczy sobie niewiele ponad 200 stron (włączając w to mapkę, stronę poświęconą fragmentom recenzji i inne). Zawarta w nim historia jest bardzo krótka i nieskomplikowana, a jednak bogata w treść.

Pierwszą połowę książki wypełniają opisy życia Maresi wśród sióstr klasztornych oraz krótkie retrospekcje z jej przeszłości, spędzonej w ubogiej, zmagającej się z głodem rodzinie. Nie sprawia to jednak, że książka jest nudna. Autorka ciekawie konstruuje maleńki świat Czerwonego Klasztoru i chętnie czyta się o codzienności zamieszkujących go kobiet i dziewcząt. Uniwersum okazuje się niezwykle ciekawe i wprost ociekające magią, chociaż w opowieści nie spotkamy magicznych istot lub tradycyjnie rozumianych czarów, a potężną siłę samej przyrody. Biorąc też pod uwagę długość powieści, opis nie jest zbyt rozwlekły i Turtschaninoff w samą porę przechodzi do przedstawienia głównych wydarzeń.

Książka, chociaż niewielka, jest dopracowana w naprawdę wielu aspektach. Klasztor staje przed oczami jak żywy, podobnie jak krajobraz wyspy, na której się znajduje. Jest to zasługa działających na wyobraźnię, chociaż krótkich opisów. Trzeba tutaj zwrócić uwagę na język powieści, za który należą się zarówno autorce jak i tłumaczowi, owacje na stojąco. Okazuje się zarówno piękny, jak i odzwierciedlający spojrzenie na świat rezolutnej czternastolatki. Nie mamy wątpliwości, że czytamy zapiski dziewczynki będącej w tym wieku, mimo lekko archaicznego stylu. Jednocześnie zdaje się ukazywać wykształcenie odebrane przez Maresi, a zarazem jest dość prosty i książkę czyta się jednym tchem.

W powieści widać wyraźną inspirację twórczością Ursuli Le Guin, a przede wszystkim jej Grobowcami Atuanu oraz Tehanu, chociaż wydźwięk tych dwóch części Ziemiomorza jest mimo wszystko nieco inny. Wspólny jednak pozostaje wyraźny wątek feministyczny. Antagonizm w Maresi. Kronikach Czerwonego Klasztoru okazuje się prosty: widzimy tu ewidentny konflikt płci; brutalni i bezkompromisowi mężczyźni stanowią zagrożenie dla kobiet silnych inną siłą, niż fizyczna. Przyznam, że początkowo podejrzliwie podchodziłam do tego tematu, ponieważ nie jestem fanką tak skrajnego ukazywania przedstawicieli którejś z płci, jako tych złych czy gorszych. Obawiałam się, że książka Turtschaninoff przemyca bardzo radykalny pogląd, stereotypowo przypisywany feministkom. Na szczęście autorka musiała sobie jednak zdawać sprawę, że tworząc taki antagonizm, stąpa po szczególnie cienkim lodzie. Kilkukrotnie wyraźnie zaznacza, że nie wszyscy mężczyźni są źli, a sposoby na to, jak jeszcze bardziej można stłamsić kobiety, nie są jedynym, co mają w głowie. Wychodzi więc z tego ryzykownego ujęcia problemu obronną ręką i to na tyle, że książka bardziej opowiada o  sile kobiet, a nie o okrucieństwie mężczyzn. W ten sposób powieść staje się na tyle strawna, że nie miałabym problemu, aby polecić ją np. młodszej siostrze.
W Maresi. Kronikach Czerwonego Klasztoru magia i piękno mieszają się z mrokiem, co daje wiarygodny obraz świata. Chociaż Menos wydaje się być idyllą, nawet siostry muszą zmagać się z zagrożeniami, a ich przeszłość często jest trudna. Turtschaninoff nie waha się poruszać bardzo poważnych tematów, chociaż przyznam, że jej książka nie wydaje mi się zbyt brutalna. Prawdopodobnie dlatego, że czytałam już masę powieści, w których ciężkie wątki były poruszane w o wiele mniej delikatny sposób. Maresi przeznaczona jest jednak dla nastolatek i to raczej tych najmłodszych, dopiero wchodzących w okres dojrzewania. Autorka więc pisze o pewnych strasznych rzeczach w sposób subtelny, odpowiedni dla młodych czytelniczek, które być może pierwszy raz zetkną się z czymś takim w literaturze. 


Postacie nie są zbyt rozbudowane, ponieważ autorka właściwie nie ma miejsca na to, aby je jakoś pogłębić. Mimo wszystko sama Maresi to całkiem udana bohaterka, która pod każdym względem przypomina młodą dziewczynę i dziecko, którym przecież jeszcze jest. To odważna, mądra i opiekuńcza dziewczynka, ale też nie dojrzała nad wiek superbohaterka. Doskonale widzimy jej słabości i to, że wciąż jest niewinna i trochę naiwna, tak jak jej rówieśniczki. Wzbudza sympatię i Turtchaninoff należy się uznanie za to, że mimo niewielkich rozmiarów powieści, mamy okazję obserwować jej dojrzewanie. Najważniejsze z jej zmagań opisywanych w książce przywiodło mi na myśl to, z czym walczy w sobie Ged z Czarnoksiężnika z Archipelagu, również autorstwa Le Guin.
W powieści występuje również czarny charakter, ale trudno powiedzieć o nim coś więcej ponadto, że jest okrutny. Nie zajmuje w niej jednak wiele miejsca. Prostotę tego bohatera można jednak łatwo uzasadnić, bo przecież wszystko, o czym możemy przeczytać w powieści, jest pisane z punktu widzenia Maresi. Dla niej to kompletnie obcy człowiek, którego widzi tak naprawdę przez kilka krótkich chwil. Jeśli miał trudną przeszłość, skomplikowany charakter lub coś innego, co pogłębiłoby jego postać, to nie mogła przecież o tym wiedzieć. W tych kilku momentach, w których go widziała, wydawał się jej tyranem i nikim więcej, dlatego tak właśnie przedstawia go w swoich zapiskach.
Wróćmy jednak do pytania, które postawiłam na początku: czy taka prostota wyszła książce na dobre? Szczerze mówiąc, fabuła nie jest ani skomplikowana, ani oryginalna. Powieść nie położyła mnie na kolana, co jednak miałaby szansę zrobić, gdyby bardziej ją rozbudować. Książka nie trzymała mnie w napięciu, nie wzbudzała silniejszych uczuć, chociaż wciągnęła. Skończyła się, zanim zdążyłam się obejrzeć, przez co nie miałam czasu ani „wsiąknąć” w ten ciekawy świat, ani przywiązać się do bohaterów. Z pewnością dzięki temu nie można zarzucić jej przewagi formy nad treścią, ale to chyba jedyny plus wynikający z umieszczenia historii na tak małej liczbie stron. To, jak Maresi. Kroniki Czerwonego Klasztoru jest krótka, to bardziej wada niż zaleta, ponieważ Turtschaninoff nie daje rozwinąć się dużej części potencjału, jaki ma stworzony przez nią świat. Jasne, lepiej po lekturze czuć niedosyt niż przesyt, ale w tym przypadku niedosyt jest jednak o wiele za duży.

Niełatwo pisać tak krótkie książki. Dlaczego np. Oskar i Pani Róża wydaje mi się kompletny, choć jest przecież o wiele krótszy od Maresi? Ponieważ Schmitt wycisnął z niego wszystko, co tylko się dało, natomiast książkę Turtschaninoff naprawdę dałoby się jeszcze dopracować pod względem fabularnym. Wydaje się ona po prostu niedokończona.
Może Maresi. Kroniki Czerwonego Klasztoru nie jest powieścią, która szczególnie mnie poruszyła, ale z pewnością nie można odmówić jej oryginalności. Ma też coś, czego brakuje ogromnej części młodzieżówek: przesłanie. To, Panie i Panowie, jak już zapewne zdążyliście się zorientować, jest książka O CZYMŚ. Wyraźny morał na końcu mówi o odwadze; o tym, że nie można chować się przed światem, lecz trzeba śmiało w niego wkroczyć i spróbować uczynić go chociaż troszkę lepszym. Może nie dla całych narodów. Ale chociaż dla jednej małej społeczności. Albo rodziny. Lub nawet jednej osoby. A da się wyczytać o wiele więcej. Dla mnie to przede wszystkim opowieść o tym, że kobiety wcale nie muszą być podobne do mężczyzn, by być silnymi i wspaniałymi i aby osiągać wielkie rzeczy. Dorastające dziewczynki potrzebują dokładnie takich treści, jakie niesie Maresi.

Kategoria: fantasy, powieść młodzieżowa
Liczba stron: 256
Cena okładkowa: 34,90 zł
Oprawa: miękka
Premiera: 25 października 2017
Tłumaczenie: Patrycja Włóczyk
książka wydawnictwa: Młody Book!
Isleen

Zajrzyj również tu

16 komentarzy

  1. Książka jest na mojej chciej-liście od momentu kiedy dostała o niej newsletter od Lubimy Czytać. Fabuła bardzo mnie zaciekawiła a to, że jest krótka i zwięzła jest dla mnie dodatkowym atutem :)

    booklicity.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uważam, że warto ją przeczytać, nawet jeśli zajmie to tylko "chwilę" :)

      Usuń
    2. Osobiście żałuję, że coraz mniej wydaje się takich króciutkich książek, które można byłoby przegryźć między jedną a drugą lekturą, coraz częściej wydaje się ogromne klocki, których objętość mogłaby zostać zmniejszona o połowę, bez żadnego uszczerbku dla fabuły :/

      Usuń
  2. Nie jestem miłośniczką gatunku.:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Okładka i mapka piękne, ale obawiam się, że już jestem za stara na tę książkę ;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tam, czasem fajnie jest mentalnie odmłodzić się o wiele lat :)

      Usuń
    2. Też nie jestem w wieku docelowym, ale mimo to "Maresi" była dla mnie ciekawym doświadczeniem czytelniczym :)

      Usuń
  4. Nie słyszałam o niej wcześniej, a czytając Twoją recenzję doszłam do wniosku, że ta lekturka jest idealna dla mnie. Na bank gdybym po nią sięgnęła - spodobałaby mi się.
    Dziękuję, że o niej napisałaś :)

    Buziaki!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oby rzeczywiście okazała się idealna dla Ciebie :) Warto kiedyś sięgnąć po nią ;)

      Usuń
  5. Odpowiedzi
    1. Warto przeczytać dla samego świata i lekcji, którą można z niej wyciągnąć :)

      Usuń
  6. Książka zdecydowanie nie w moim klimacie. Nie odmawiam jej wartości, bo widać, że je posiada, jednak nie przykuwa mojej uwagi na tyle, bym przynajmniej pomyślała nad zakupem. No cóż, jestem pewna, że znajdzie swoje grono odbiorców. Oczywiście ja wyznaję taką zasadę podczas wypracowań "krótko, zwięźle i na temat", jednak w przypadku książki to się nie sprawdza tak dobrze, jeżeli nie wyciśnie się z niej 100% tu się w pełni zgadzam. :D
    Pozdrawiam Lex May

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W sumie nie jest to książka, która zajęła jakieś specjalne miejsce w moim życiu, ma swoją wartość, ale też nie jest to pozycja "must read" ;) Głównie właśnie przez tą zwięzłość.

      Usuń
  7. Zupełnie nie wiedziałam, że autorka jest Finką z pochodzenia (a propos - jak jest Finką, to jest fińską, nie finlandzką pisarką ;) ), a to już mnie skłania do przeczytania tej książki. Nie można też zapomnieć o tych wspaniałych wartościach, jakie z niej płyną! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fakt, dobrze, że zwróciłaś uwagę! Już poprawiam ;) A Tobie życzę udanej lektury, jeśli się zdecydujesz na przeczytanie :)

      Usuń

Obserwuj przez e-mail