"Reguła nr 1" - Marta Guzowska | Kolejny Indiana Jones w spódnicy?

23 listopada

Od małolata mam słabość do wszelkiego rodzaju wątków przygodowych. Poszukiwanie skarbu, zagadki historyczne, intrygi i pościgi zawsze działały na moją wyobraźnię (tak, tak, Indiana Jones, a w zasadzie Harrison Ford w tej roli, zrobił swoje) i mimo tego, że swoje lata mam, to niewiele z tych szczeniackich fantazji się zmieniło. Czy mogłam zatem przejść obojętnie obok możliwości przeczytania Reguły nr 1? - Oczywiście, że nie!


Simona Brenner jest znaną i szanowaną panią doktor archeologii z imponującym dorobkiem naukowym. Specjalizuje się w starożytnej biżuterii, z tym że w dzień prowadzi nad nią badania, a w nocy ją... kradnie. Pensja wykładowcy i badacza nie jest imponująca, a z czegoś trzeba przecież żyć. Szemrane interesy wiążą się z szemranym towarzystwem, dlatego pewnego dnia Simona zostaje wciągnięta w bardzo niebezpieczną grę, w której stawką jest złote runo. Choć poszukiwanie mitycznego, a obecnie metaforycznego skarbu wydaje się bezsensowne, w momencie kiedy zaczynają ginąć ludzie, Simona musi podjąć wyzwanie. Pogoń za skarbem zawiedzie ją od owianego tajemnicą rosyjskiego Arkaim, przez samo serce starożytnej Anatolii, aż do Aten. Archeolożka wie, że sama nie zdoła ani znaleźć skarbu, ani zdemaskować swojego przeciwnika i musi się z kimś sprzymierzyć. Spośród jedenastu reguł dobrej złodziejki najważniejsza jest jednak reguła numer jeden: nie ufaj nikomu.

Czytając opis z tyłu książki od razu na myśl przyszedł mi serial "Łowcy skarbów" z Tią Carrere w roli głównej, w którym piękna i silna pani archeolog, oprócz pracy na uniwersytecie, zajmuje się też tropieniem cennych reliktów przeszłości, pakując się przy tym zazwyczaj w kłopoty. Generalnie temat poszukiwania skarbów jest dość mocno eksploatowany przez popkulturę i trudno przy nim o jakąś spektakularną oryginalność, ale mnie, jako maniaczce tego motywu, zupełnie to nie przeszkadza. Tym bardziej, że samo poszukiwanie złotego runa, które współcześnie ma znaczenie metaforyczne, wydało mi się całkiem interesujące.

Choć "Reguła nr 1" to drugi tom przygód Simony Brenner, można spokojnie czytać go bez znajomości pierwszego. Występują w nim nawiązania do wcześniejszych wydarzeń, ale nie są one szczególnie istotne dla samej historii przedstawionej w tej książce. Bieg wydarzeń poznajemy z perspektywy głównej bohaterki. Szczerze? - nie polubiłam jej już od pierwszej strony. Simona jest arogancka, może nawet nieprzyjemna i na każdym kroku odkreśla, jak bardzo profesjonalną i doświadczoną złodziejką jest (choć niektóre zachowania temu przeczą). Połowa książki opiera się na jej marudzeniu, w jakich to obskurnych warunkach musi przebywać, jak bardzo jest niewyspana i jak bardzo nie odpowiada jej towarzystwo, w którym się znajduje. Po prostu wszystko było źle: zacofane technicznie lotniska, temperatura, środki komunikacji, jedzenie lub jego brak i tak dalej. Trochę mnie to dziwiło, tym bardziej, że wątpię, żeby archeolodzy podczas wykopalisk w najdziwniejszych miejscach świata zawsze sypiali w pięciogwiazdkowych hotelach. Simona była przez długi czas jak taka naburmuszona księżniczka, nielicząca się z absolutnie niczym i nikim i patrząca tylko na to, jakie korzyści będzie miała ze znalezienia runa, a jednocześnie potrafiła sobie zgrabnie poradzić z kradzieżą wszystkich rzeczy osobistych, a później paszportów. Nie mówię, że w każdym przypadku to nadąsanie było bezzasadne, ale ile można czytać, że ktoś się nie wyspał. Mimo wszystko w pewnym momencie uświadomiłam sobie, że... o dziwo taka kreacja protagonistki jest po prostu interesująca.


Prawda jest taka, że ostatnimi czasy utrwalił się
stereotyp bohaterki pięknej, niezależnej, zuchwałej, ale jednak dobrej (Kasia wspomina też o tym w recenzji Pocałunku zdrajcy XD). Zawsze musi ona stać po jasnej stronie mocy i mimo swojego trudnego charakteru być empatyczna i koniec końców postąpić słusznie. W Regule nr 1 autorka porzuciła ten schemat i stworzyła na pierwszy rzut oka niezbyt sympatyczną, ale intrygującą postać, która dodatkowo angażuje czytelników, zwracając się od czasu do czasu w swojej opowieści bezpośrednio do nich. Z drugiej strony, nie można tez powiedzieć, że Simona przez cały czas była taka przykra. Kiedy bowiem przystopowała trochę z narzekaniem i skupiła się bardziej na analizie sytuacji, na pierwszy plan wysunął się mit o argonautach...

Tę historię z mitologii greckiej, choćby pobieżnie, zna chyba każdy. Marta Guzowska poszła jednak o krok dalej i, zagłębiając się w szczegóły,
wyłuskała zeń elementy, które wykorzystała w stworzeniu intrygi. Bo w tego typu historii nie może zabraknąć oczywiście czarnego charakteru, który także pragnie dotrzeć do skarbu, z tym że stosuje bardziej drastyczne środki. Miałam kilka podejrzeń co do tego, kto okaże się być tym złym i niedobrym, autorka zresztą zastosowała kilka zmyłek, żeby nie było tak łatwo, jednak w pewnym momencie można się domyślić, choć nadal pewności nie ma :) W moim przypadku taka wiadoma-niewiadoma podsycała ciekawość.

Wbrew wszystkiemu uważam, że
wypranie tej książki z przesadnych sentymentów jest jej największym atutem. Zachowanie Simony po stracie niektórych osób może trochę szokować, jej nastawienie na znalezienie skarbu za wszelką cenę również, ale mnie osobiście odpowiada to bardziej niż kolejne powielenie schematu zwycięstwa dobra nad złem. Również fakt, że główna bohaterka nie wplątuje się w żadna historię romantyczną, a jedynie romansową, bardzo mi odpowiadał. No dobra, to też nie do końca jest tak, że nasza archeolożka jest całkowicie pozbawiona ludzkich uczuć. Były momenty, w których pokazywała ludzkie oblicze i to dodawało wiarygodności wykreowanej postaci. Z drugiej strony trochę dziwiło mnie, kiedy tak wyrachowana i profesjonalna złodziejka wręcz nagminnie łamała swoją złotą regułę numer jeden. Chodzi mi jednak o to, że nie zawsze główny bohater musi być nieskazitelny, albo początkowo zły, ale z czasem się zmienia. Autorka pokazała, że postaci nie muszą być tylko czarne albo białe (bo w realnym życiu też tak nie jest), a mimo wszystko można z zainteresowaniem śledzić ich losy.

Sama akcja w książce nie do końca mnie jednak usatysfakcjonowała
. Na początku brakowało jej płynności, opisy skupiały się na narzekaniu Simony, ograniczając do minimum przedstawienie otoczenia. Z czasem jednak było coraz lepiej. Wydarzenia nabierały tempa, następowały zwroty akcji, dzięki czemu można było płynąć przez kolejne strony. Bardzo podobał mi się opis pościgu w Atenach - był dynamiczny, trzymał w napięciu i sprawił, ze byłam ciekawa, do czego doprowadzi. Podobnie było też z językiem. Na początku odniosłam wrażenie dystansu, który istniał między narratorką, a czytelnikiem, mimo że Simona zwraca się do niego bezpośrednio. Z czasem jednak, kiedy akcja została przedłożona ponad marudzenie archeolożki, również ten dystans zniknął.

Mimo początkowych trudności, "Reguła nr 1" okazała się dobrą lekturą.
Temat może i jest oklepany, a autorka nie wszędzie uniknęła schematów, jednak udało jej się wpleść kilka interesujących rozwiązań, szczególnie w odniesieniu do głównej bohaterki. Co tu dużo mówić, książka Marty Guzowskiej, choć nie jest wolna od potknięć, powinna przypaść do gustu miłośnikom powieści przygodowej, historycznej, czy sensacyjnej.


Tytuł oryginalny: Reguła nr 1
Cykl: Simona Brenner (tom 2)
Tłumaczenie: -
Liczba stron: 376
Cena okładkowa: 37,90 zł
Oprawa: miękka
Data premiery: 13 września 2017
Wydawnictwo: Marginesy

Zajrzyj również tu

9 komentarzy

  1. Pomimo oklepanego tematu myślę, że za jakiś czas sięgnę po tę książkę. Coś mnie w niej intryguje. ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja już książkę zamówiłam sobie w bibliotece, więc niebawem powinnam mieć co czytać:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  4. Wchodząc na tę recenzję, nie miałam zielone pojęcia, że nabierze mnie tak wielka ochota na tę książkę. Sama zawsze chciałam być jak Indiana Jones, mimo że siedzenie w szkole na historii to dla mnie istna tortura! Lektura ta wydaje się naprawdę warta przeczytania, ale jedynie co mnie odpycha to ta bohaterka...nie przepadam za osobami, które zbytnio na wszystko narzekają!

    Pozdrawiam i zapraszam do siebie!
    http://miedzypolkami-ksiazki.blogspot.com/2017/11/listy-do-utraconej.recenzja.html

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja też lubię klimaty w stylu "Łowcy skarbów" i naprawdę czuję się zainteresowana tą książką, jednak boję się, że ta bohaterka również może mnie denerwować, ale chyba zaryzykuję i sięgnę jednak kiedyś po te książkę. ;-)

    OdpowiedzUsuń
  6. Mam tę książkę,ale chyba nie zabiorę się za nią zbyt szybko.:)

    OdpowiedzUsuń
  7. W pierwszej chwili wydało mi się, że to historia idealna dla mnie, ale jak przeczytałam o narzekaniach głównej bohaterki... to póki co się zastanowię ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Ciągle się waham czy ją zamówic, dzięki twojej recenzji skłaniam w tak ale jeszcze nie jestem pewna.

    Pozdrawiam i zapraszam do nas!

    http://zapiski-ksiazkoholiczki.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  9. Prawdę mówiąc mam mieszane uczucia. Nie do końca przepadam za tematyka przygodową, ale często wpływ na moje odczucia do książki ma główna postać, utożsamiam się z nią w pewien sposób, staję jej za plecami i nie wiem czy odrobinę nie drażniłoby mnie jej zachowanie... :/ Ale wiadomo, dla każdego coś dobrego :)

    OdpowiedzUsuń

Obserwuj przez e-mail