"Ostatnia prawdziwa love story" - Brendan Kiely | Jadąc w siną dal...

05 października

Każdy w życiu pragnie wrażeń, ciekawych zmian i przygody, która odmieni coś w codziennej stagnacji. Ja jedną swoją przeżyłam, a w oczekiwaniu na następne - czytam. Dzięki książkom mogę brać udział w wielu wydarzeniach, w których pewnie nie miałabym szansy uczestniczyć. Dlatego też bardzo chciałam przeczytać Ostatnią prawdziwą love story i wyruszyć z bohaterami z Los Angeles do Nowego Jorku, a przynajmniej w jego okolice.


Fabuła

Główny bohaterem jest Teedy Handrix. Miłość jest dla niego jakimś kosmicznym sloganem z popularnych piosenek oraz opowieści jego dziadka. Outsider, który nie wierzy, że czeka go w życiu coś ekscytującego. Aż pewnego dnia postanawia pomóc Corrinie (oczywiście swojemu wielkiemu zauroczeniu). Dziewczyna jest postacią robiącą na przekór wszystkim oraz wszystkiemu. Marzy o scenicznym życiu, które nie za bardzo wpisuje się w zapatrywania jej adopcyjnych rodziców. Aby spełnić swoje pragnienia musi wyrwać się z domu i wyjechać w siną dal. 

I tak oto Corrina i Hendrix, w pewien lipcowy dzień, lądują w Błękitnej Bombie (samochodzie matki chłopaka) wraz z Dziadziem, wykradzionym z domu seniora i psem Starym Grzmotem. Wyruszają w podróż, który ma dać każdemu z nich coś innego. Czy uda im się osiągnąć zamierzony cel? A może złapią ich przed wyznaczonym celem?

Może to dlatego, że jestem ostatnim idiotą, albo że zamiast maminsynkiem, jestem dziadzimsynkiem, albo też dlatego, że w przeciwieństwie do większości znanych mi dzieciaków nie chciałem uciec, gdzie pieprz rośnie od swojej rodziny, tylko uchwycić się tych skrawków, które z niej pozostały, zanim znikną - w każdym razie nie mogłem opędzić się od myśli, że to być może moja jedyna szansa, by pomóc Dziadziowi.


Moim zdaniem

Po pierwszych, kilkudziesięciu stronach Ostatnia prawdziwa love story zapowiadała się... jak coś wtórnego. Nieśmiały chłopak, który podkochuje się w koleżance, silna dziewczyna mająca swój cel, która nie baczy na konsekwencje. Zaleciało Johnem Greenem podczas przerzucania stron. Odłożyłam książkę i stwierdziłam, że nie dam rady. Ja oraz wyżej wymieniony pisarz mamy bardzo nie po drodze. Nawet film nie uratował sytuacji. Co podchodziłam do powieści, to miałam przed oczami bohaterów Papierowych miast. Tak krążyliśmy wokół siebie, aż stwierdziłam – dość! Ponownie zasiadłam do czytania. I nie żałuje, ponieważ mimo zbieżności, lektura przypadła mi do gustu oraz ostatecznie wciągnęła.

Hendrix jest pierdołą, inaczej nazwać się go nie da. Inteligentny, ale nie potrafi zawalczyć o swoje. Ciągle działa zachowawczo, tak żeby wszystkim wkoło było dobrze. Podczas czytania czuć, że ma coś więcej w sobie, taki mega power, jednak gdzieś go skrywa - chyba za wątrobą. Corrina to jego przeciwieństwo. Szalona, nieokiełznana laska, biorąca z życia to co chce. Przeciwności są wyzwaniem, a ona je pokonuje co chwilę. Oczywiście nie obywa się bez wątpliwości. Z tego co wyczytałam – tylko ją motywują. To właśnie dzięki niej wyruszają w podróż życia.

Dziadzio to chyba najjaśniejsza postać książki. Weteran wojenny, który choruje na Alzheimera. Dobre czasy ma za sobą, a teraz pamięta tylko o dobrych - przeżytych ze swoją żoną. Jest to jego odskocznia. Nastolatki wiozą go do dawnego domu, znajomych miejsc, gdzie żył z lubą. Staruszek udowadnia, że prawdziwa miłość może istnieć i nie pokona jej nawet śmierć – taka słoneczna wstawka w książce.



To co na pewno jest dobrego w książce, to bohaterowie z problemami. Nie są jakimiś wymuskanymi lalusiami, którym wszystko się układa. Mimo że wydawać by się mogło, że nie mają o co się martwić - prawda jest inna. Ich bolączki nie są sztucznie wykreowane. Mogą spotkać każdego z nas.

Powieść, z opisu, wydaje się lekką lekturą na jeden wieczór. Ot takie oderwanie od rzeczywistości. I tu kolejna skucha. Oczywiście opowiada o ciekawej wyprawie, ale wraz z rozwojem fabuły, pokazuje jak przezwyciężyć lęki, walczyć o swoje, znaleźć siłę. Zwariowana decyzja dała początki rozwoju osobowości u bohaterów. Na jaw wychodzą dawno skrywane sekrety, rodzinne niesnaski, pragnienia, marzenia, ale także mnóstwo wątpliwości. Ich droga jet pełna przygód oraz nowych znajomości urozmaicających wyznaczoną trasę. Całość okraszona jest dobrą muzyką, która ratujące sytuację. Naprawdę! Z każdej strony czuć odniesienia np. do klasycznego rocka. Fani nutek będą usatysfakcjonowani.


Autor w lekki sposób opisał całą treść. Narracja jest prowadzona przez Teddy'ego, ale Corrina i Dziadzio są bardzo dobrze przedstawieni czytelnikowi. Każdy rozdział ma swój osobny tytuł oraz nakierowuje o czym będzie. W treści nie zabrakło ciekawych opisów drogi, jak i śmiesznych momentów. Można było się poczuć jak na tylnym siedzeniu Błękitnej Bomby. W moim odczuciu, Brendan Kiley, bardziej zachęca czytelnika do śledzenia tekstu, niż John Green. Fabuła mknie ustalonym torem, a czytelnik nie gubi się w treści. Twórca nie owija nic w bawełnę. W prosty i klarowny sposób przedstawia problemy nastolatków. Niczego nie ukrywa, nie bagatelizuje, co jest często spotykane. Wręcz przeciwnie, traktuje bohaterów jak dorosłych - rzuca na ich barki parę spraw. Okładka przyciąga uwagę. Odcienie niebieskości, otwarta droga, samochód i gitara – aż czuć powiew lata.

I wiedziałem, że odpowie "tak", bo latarka upadła pomiędzy nas i poczułem to wesołe ukłucie niepokoju, i po prostu wiedziałem, że zaraz się pocałujemy, wtem jednak znienacka otworzyły się frontowe drzwi.

Mimo, że przygoda zajmuje wiele miejsca, to głównym wątkiem jest miłość. Można zobaczyć wiele odniesień do dzisiejszego i dawnego postrzegania tego uczucia. Po przeczytaniu książki, można odnieść wrażenie, że jego postrzeganie wcale się tak bardzo nie zmieniło. Może jest inaczej wyrażane oraz odbierane, ale siła jest taka sama. Inaczej jest też pokazana przez pryzmat chorego człowieka. Alzheimer to straszna przypadłość, która potrafi odebrać człowiekowi jego własne ja. I właśnie tym bardziej cudownie było przeczytać o człowieku chcącym powrócić do szczęśliwych lat i w nich pozostać. Jak silna musiała być miłość między tym dwojgiem ludzi?

Oczywiście nie może być tylko dobrze. Dostrzegłam parę minusów wpływających na odbiór całości. Po pierwsze - monotonia. O matko, córko i wszyscy, którzy mogą pomóc. Niektóre opisy trasy były tak przytłaczające. Jedziesz, jedziesz, o ciągle jedziesz. Nie miałabym nic przeciwko, gdyby te ciągnące się, jak flaki z olejem, fragmenty coś wnosiły do fabuły. Ale nie... Kolejne sytuacje były nijakie i zlewały się w jeden wielki szum. Można ja czegoś nie dostrzegam. Rozumiem wypełniacze tekstu, jednak w Ostatniej prawdziwej love story, było ich po prostu za dużo i przytłoczyły treść.

Po drugie (łączy się trochę z poprzednim punktem) brak jakiejkolwiek dynamiki. Ok, autor skupił się na wewnętrznej przemianie bohaterów, ale w każdej powieści potrzeba choć jednego zrywu, jakiegoś powiewu. Tutaj coś takiego nie miało miejsca. Kiedy już miałam nadzieję, dostawałam stagnacją w twarz.

Po trzecie, Hendrix. Uwielbiam gościa, ale niektóre sytuacje z nim związane zakrawały na absurd i żenadę. Ok - wstydliwość, nieśmiałość i wycofanie, ale nie można być aż takim ciapciakiem! Każdy ma trochę charyzmy. Jego reakcje były nieraz karykaturalne. Ostatecznie dorasta, ale wrażenie już pozostaje. 

I ostatni punkt – lekki absurd organów ścigania. Dwójka niepełnoletnich, chory dziadek i pies uciekają przez stany. Wszyscy ich szukają, ale nikt nie może znaleźć. Czułam się jakbym czytała o Szybkich i wściekłych: Błękitna Bomba. Wiem, że jakby ich schwytali na początku, to nie byłoby książki, ale come on! Trochę realizmu w tej kwestii.

Przechodząc do końca mojego wywodu, stwierdzam, że książkę dobrze się czyta. Mimo minusów można wgryźć się w treść i z uporem maniaka, gnać po szosie. Styl autora wciąga, ale przynudzanie odpycha, przez co nie wiem ostatecznie co mam sądzić o całości. Podobała mi się, ale nie jestem zachwycona. Miły przerywnik przy cięższych tytułach. Nie jest to najlepszy tytuł literatury młodzieżowej jaki czytałam, jednak temat ucieczki na pewno go wyróżnia. Polecam zapoznać się z tytułem, jednak obiecuję wam - dupy nie urwie.

Tytuł oryginalny: The Last True Love Story 
Cykl: -
Tłumaczenie: Jerzy Wołk-Łaniewski
Wydawnictwo: Młody Book!
Kategoria: Literatura młodzieżowa 
Liczba stron: 320 
Cena okładkowa: 34,90 zł 
Oprawa: miękka 
Premiera: 13 września 2017 




Zajrzyj również tu

7 komentarzy

  1. Ale ładne zdjęcia! :D W ogóle ta książka ma baaaaardzo klimatyczną okładkę, ale chyba treść do mnie ie trafi :)

    Bookeater Reality

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A dziękuję :) Staram się robić coraz lepsze zdjęcia :)

      Co do książki, to okładkę ma bajkową. Szkoda, że wnętrze już takie nie jest :(

      Usuń
  2. Może kiedyś po nią sięgnę jak wpadnie mi w ręce. Nie lubię monotonności, uwielbiam zwroty akcji a tu jak piszesz tego nie ma. Myślę, że mogłabym się wynudzić czytając ją. Ale na pewno nie będę o nią zabiegać i jej nigdzie szukać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja tez lubię zwroty akcji. Jak się coś dzieje. Ok, może nie co chwilę, ale monotonność przez cała książkę potrafi zabić. Ile można? Powinno być trochę stagnacji i też akcja :)

      Usuń
  3. Tak, dupy nie urwało, ale jakoś ja odebrałam ją inaczej. I mi się spodobała. Ale wiadomo, każdy czytelnik ma inny gust. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiadomo :) Każdy ma inne typy :) A jak ją odebrałaś? :)

      Ja jestem tak na 50%. Nie ma tragedii, ale zachwycona też nie jestem :)

      Usuń
  4. Kawał porządnej recenzji! Cóż mogę powiedzieć, fanką takich książek nie jestem, a zamiłowanie do niespodziewanych zwrotów akcji i rozlewu krwi nie pozostawia złudzeń - nie sięgnę po tę książkę, bo jedynie się zanudzę. xD Może książka znajdzie swoich odbiorców, ale ja na sto procent do nich nie będę należeć. :P
    Pozdrawiam Lex May

    OdpowiedzUsuń

Obserwuj przez e-mail