„Stukostrachy” – Stephen King

30 czerwca

„Stukostrachy” to moja pierwsza pozycja Kinga i niestety myślę, że ostatnia, chociaż dla pewności raczej przeczytam jeszcze choć jedną. Kloc mający prawie 830 stron, no nie była to lekka lektura to poczytania, choć wciągająca to męczyłam ją chyba ze trzy tygodnie. Nie mogę powiedzieć, że była nudna, broń boże, ciekawa, ale jeżeli się chce poczytać coś miłego do snu, to raczej to się nie bardzo nadaje. Kiedy brałam ją do ręki na dobranoc, to po przeczytaniu jakichś 3-4 stron normalnie zasypiałam. Może mieć na to wpływ fakt, że weszłam w posiadanie jedynie wersji kieszonkowej, bo wydania pełnometrażowe są przerażająco drogie. Mogło to zaważyć i na pewno zaważyło na komforcie czytania, ponieważ czcionka jest zdecydowanie mniejsza, a słowa są bardziej „poupychane”. Jest to też moja jedyna książka w tej pomniejszonej wersji. Nigdy nie było mi po drodze do Kinga (podobnie jak z Agathą Christie), ale w końcu nadszedł sądny dzień i wzięłam się za tę ciężką jak kostka brukowa książkę.

No więc jak to zawsze na początku przy tak ogromnych objętościowo książkach jestem nastawiona tak, że po prostu muszę poczekać na akcję ładnych parę stron, słyszałam, że w jego dziełach tych „parę stron” to jednak więcej niż można oczekiwać, no i niestety to prawda, jednak kiedy już się rozkręca to na dobre. Wówczas człowiek sam nie wie co się dzieje i z jaką częstotliwością, więc i parę razy bywało tak, że po prostu musiałam jakiś fragment przeczytać po raz drugi.

Cała historia zaczyna się opisem spokojnie żyjącego jak dotąd miasteczka, cicho, miło i nudno. Wiadomo. Wszystko zaczyna się zmieniać najpierw tylko w życiu jednej mieszkanki Bobbi Anderson, później całego miasta, gdy bohaterka potyka się o metalową płytkę w lesie. Zaczyna kopać i zafiksowuje się wokół owego, nieznanego,osobliwie na nią działającego przedmiotu. Fabuła niewypowiedzianie DZIWNA, nie widzę bowiem innego określenia. Ekscentryczność i kuriazolność dosięga tu bowiem zenitu. Przedmiot, który Bobbi wykopuje zdaje się nie mieć końca, kopie i kopie, później przyłącza się do niej coraz więcej osób, a także jej przyjaciel, który ma niestety problem z alkoholem, przez który prawie zabił swoją własną żonę. Gardener jest mimo wszystko sympatycznym człowiekiem, jednak dość często miewa „luki” w pamięci, spowodowane zbyt dużą ilością wysokoprocentowych napojów. Jednak jedynie on do końca dotrwał bez „prania mózgu”, na końcu zostając bohaterem, który ginie w imię dobra innych ludzi. Wszyscy mieszkańcy wręcz zwariowali pod wpływem dziwnego przedmiotu w lesie, po czym zaczęli się przemieniać, nawet fizycznie.
Dawka fikcji, która człowieka nieczytającego tego typu powieści (patrz–>ja) może zwalić z nóg, pogryźć, przeżuć i wypluć. To wszystko jest jednak opisane w sposób, dzięki któremu prawdopodobieństwo zaistnienia podobnej sytuacji jest naprawdę wysokie. Niestety mało która powieść (bynajmniej tak rozległa) może obejść się bez nudnawych fragmentów, tak i tej ich nie brakuje. Jednak oceniając całość, jest to książka warta przeczytania, chociaż spróbowania. King to zdecydowanie autor, którego można wielbić od pierwszych zdań, lub nie móc znieść. Raczej moim ulubionym nie zostanie, chociaż na pewno jeszcze przynajmniej raz sięgnę po jakieś jego dzieło, przymierzam się do „Cmętarza dla zwieżąt”- czy jakoś tak (nigdy nie pamiętam jak to się pisze ;)), ale jeszcze nie wiem kiedy to będzie, póki co, żadnej innej pozycji Stephena nie ma na mojej półce. Wolę zdecydowanie bardziej wartkie akcje (moimi ulubionymi autorkami są Tess Gerritsen i Karin Slaughter- u nich non stop się coś dzieje), lecz nie można zaliczyć „Stukostrachów” do dzieł nudnych, melancholijnych, bez fabuły czy przewidywalnych. Zdecydowanie nie są przewidywalne, to chyba ostatnie określenie jakie przychodzi mi na myśl.

Wiele jest również książek, po przeczytaniu których, tak po miesiącu lub dwóch, zastanawiamy się, o czym właściwie była. W przypadku tej, zdecydowanie tak nie jest. Skończyłam ją jakieś pięć miesięcy temu  i nadal mam w pamięci wiele jej szczegółów, a po zajrzeniu do niej, przerzuceniu kilku stron, przypominam sobie całość (warto zaznaczyć, ponad 800 stronicową całość ;)).

Motyw czytania w myślach w tej powieści został wykorzystany w nietypowy sposób. Ludzie zaczynają się zmieniać w zupełnie nową, inną rasę, działają jak jeden umysł podzielony na wszystkich, coraz bardziej gubiąc gdzieś swe człowieczeństwo. Opisy samych przemian są niezwykle rozbudowane i przemawiające do wyobraźni.

Myślę, biorąc pod uwagę ogólne wrażenie, że można polecić tę książkę jako dobrą, zdecydowanie. Jednak do snu nie polecam ;))- przynajmniej ja za szybko zasypiałam. W każdym razie chyba każdemu radzę po prostu przeczytać jakąś książkę tego autora, żeby  samemu się przekonać, czy się go po prostu lubi czy nie. Zanim nie przeczytałam, też szukałam opinii na jego temat, ale znalazłam tysiące, żadne mi nie pomogły, więc zamiast tracić czas na czytanie poglądów innych ludzi, po prostu kupiłam książkę i zaczęłam czytać. Nie radzę kupować wielu jego książek naraz, jeśli się żadnej wczesniej nie czytało, bo akurat była promocja czy znajomy wyprzedawał, ale koniecznie chciał wypchnąć wszystkie od razu, w pakiecie. ODRADZAM. Może to być najbardziej udana transakcja życia (ze względu na wygórowane ceny za książki Kinga), lub wielki problem, kiedy po zaczęciu jednej i doczytaniu do pięćdziesiątej strony, stwierdzamy, że jest to okropne i nie możemy przez to dalej przebrnąć, ponieważ sprzedać jest trochę problematyczna, ale jeżeli daje się dobrą cenę, to można je dość szybko gdzieś sprzedać, ale wiadomo, zawsze niepotrzebny kłopot.  W każdym razie powieść ciekawa, cała moze mnie nie porwała, bo strasznie długo się rozkręcała, ale ogólnie oceniam na OK :).

Zajrzyj również tu

1 komentarzy

  1. Witam, przypadkiem podpowiedziało mi Twojego bloga na fb. Bardzo przyjemnie się Ciebie czyta, masz na prawdę niezły rozrzut w doborze lektur.
    Odnośnie Kinga- to jeden z moich ulubionych autorów, idealny do odrywania się od rzeczywistości (w zasadzie dorastałam z nim bo był numerem jeden mojego brata). ALE niestety na Kinga trzeba brać poprawkę. Niestety czasem pisze bo musi. Bo fani tego oczekują. I to niestety mocno czuć, szczególnie w niektórych jego książkach. Stukostrachy są zdecydowanie jedną z tych książek. To chyba najgłupsza książka jaką kiedykolwiek czytałam, a zmusiłam się ze względu na autora dobrnąć do końca. Żałuję i dość szybko wyparłam ją z pamięci. Teraz do jego nowych książek podchodzę w dwóch fazach:czytam opis i recenzję, po zastanowieniu pożyczam, jeśli nie pasuje- trudno, kolejna maszynka dolarów popadająca w niełaskę mej niepamięci. Jeśli daje tego "kopa" ukochanego surrealizumu, nabywam i cieszę oczy jej widokiem na domowej półce.
    Daj Kingowi szansę, nie pożałujesz. Warto, do choćby do podtrzymywania ciekawych konwersacji z interesującymi ludźmi. Ale by wkręcić się w Kinga i nie skusić (o ile oczywiście gustujesz w gatunku, bo to też musi być ta melodia) zacznij od jego klasyki, książek za które pokochały go miliony: Smętarz dla zwierzaków, Miasteczko Salem, Carrie,Wielki Marsz. Z lżejszego kalibru: Zieloną Milę (obejrzenie zawczasu filmu nie kradnie magii powieści). Dodatkowym smaczkiem od Kinga dla mnie na zawsze pozostaną jego opowiadania. Gdy mam na prawdę zły humor i dzień, a nie mam ani czasu ani siły brnąć przez jakieś tomiszcza, zdejmuję z półki dowolny tomik z opowiadaniami S.K, otwieram jego spis treści, wybieram najdziwniejszy jeszcze mi nieznany tytuł i przepadam w nowym, nieznanym, absurdalnym świecie. Polecam! Zakochałam się w historiach typu: czy człowiek może zjeść samego siebie (Szkoła przetrwania), szaleństwo wyobraźni (Ballada o celnym strzale), Zdolny uczeń, Mają tu kapelę jak wszyscy diabli i wieczne znane evergreeny: Skazani na Shawshank i 1408.
    Nie zrażaj się i powodzenia ;)

    OdpowiedzUsuń

Obserwuj przez e-mail