Podsumowanie sierpnia 2016

book haul 31 sierpnia
Witajcie kochani!

Dziś ostatni dzień sierpnia (skończy się opierdzielanie, no chyba, że jesteście studentami :D). Dlatego czas na...podsumowanie mijającego miesiąca!

W takim razie dziś zapraszam was na book haul, przegląd przeczytanych książek, nawiązanych współprac, wygranych konkursów i wielu ciekawostek, ponieważ pragnę, żeby ten post was zainteresował i nie chcę, żeby było to kolejne nudne podsumowanie. 

Słów kilka o filmowych adaptacjach niektórych powieści

Przemyślenia 29 sierpnia
Jest mi bardzo miło, że mogę was dziś u siebie gościć, tym bardziej, że są tu na pewno czytelnicy Ameruji, Quidportavi czy Sempry, którzy mnie jeszcze nigdy nie odwiedzili :). To już niestety ostatnia odsłona naszego cyklu "Co cztery głowy to nie jedna", mamy jednak nadzieję, że z każdą z nas zostaniecie na dłużej :).

 

"Kamień i sól" - Victoria Scott

fantastyka 24 sierpnia
Dobry wieczór wszystkim! (albo "Dzień dobry", zależy kiedy czytacie).

Mniej więcej tydzień temu przedstawiłam wam książkę "Ogień i woda", a dziś przychodzę do was z opinią o kolejnym tomie tej serii :)


"Zawód: wiedźma" - Olga Gromyko

fantastyka 20 sierpnia
Bardzo się cieszę, że znów tu jesteś!
Dlaczego? 
Dlatego, że dziś mogę przedstawić Ci cudo- książkę, w której zakochałam się no nie od razu, bo jakieś 40 stron mi to zajęło, ale jak już mnie "wzięło" to nie "puściło" :D.

"Ogień i woda" - Victoria Scott

młodzieżowe 16 sierpnia
Witajcie w ten niekoniecznie piękny i średnio słoneczny dzień! Mam jednak nadzieję, że książki czy inne hobby, które posiadacie wam go rozjaśniają :).

Dziś chcę wam przedstawić moje wrażenia po chyba pierwszej przedstawicielce nurtu young adult, jaką kiedykolwiek przeczytałam! Strasznie się tego bałam, bo przecież jak to ja- jeżeli w książce nie ma krwi, flaków i morderstw albo wampirów, wilkołaków, trolli czy Nocnych Łowców- wówczas za taką pozycję raczej się nie biorę xD. Na szczęście nie jest to zwykła historia o problemach nastolatków czy innych badziewiach. Nie no bez obrazy, ale ja czytając chcę się oderwać od rzeczywistości i żądam akcji!

"Epidemia" - Suzanne Young [PRZEDPREMIEROWO]

fantastyka 13 sierpnia
Kolejna część słynnego "Programu" Pani Suzanne Young. Autorki, która na rynku literatury dystopijnej zrobiła sporo szumu :).

"Zgroza w Dunwich i inne przerażające opowieści" - H.P. Lovecraft

H.P. Lovecraft 10 sierpnia
Bardzo mi miło, że po raz kolejny mogę gościć was na moim blogu :).

Od ostatniej opinii minął już tydzień, dlatego dziś czas na kolejną! W tym czasie jednak pojawił się wpis o tym, co mnie denerwuje mnie i większość innych książkoholików, który wzbudził troszeczkę kontrowersji. Zdarzył się przypadek, gdzie pewne osoby obruszyły się, ponieważ według nich napisałam tekst pełen zakłamania i w ogóle, nie znam się, a wypowiadam. Do dziś nie rozumiem w jakiej sprawie tak bardzo błądzę, kiedy mówię o tym, co mnie wkurza. Widocznie pewne rzeczy nie powinny mi działać na nerwy, a jednak to robią :D. Dziękuję jednak za dyskusję na blogu i tak dłuuugie wypowiedzi, dzięki nim poznałam wasze zdanie i bardzo się cieszę, że jakieś 95% z was ma podobne poglądy do mnie :).

Poza tym wprowadzam od dziś nowe udogodnienie we wpisach z recenzjami. Mianowicie będzie to zestawienie największych zalet i wad danej pozycji.

Przejdźmy jednak do tematu dzisiejszego wpisu :). Dziś zdecydowanie inaczej, ponieważ po raz pierwszy w życiu (nie licząc jednej części cyklu o Sookie Stackhouse) przeczytałam zbiór opowiadań, na dodatek jak obiecuje się na okładce- przerażających.


30/2016

Przekład: Maciej Płaza (postać niezwykle ważna)
Wydawnictwo: Vesper
Cykl: -
Kategoria: horror
Liczba stron: 792
Cena okładkowa: 69,90 zł

Howard Phillips Lovecraft, do tej pory niestety nie słyszałam o tym autorze. Pisarz ten zmarł w marcu 1937 roku, jest prekursorem fantastyki naukowej, jego konikiem były utwory fantasy a także gatunku zwanego weird fiction. Te dwa słowa zdecydowanie opisują jego dzieła. Dziwne, zdecydowanie. Jego opowiadania były już publikowane, chociaż pisarz ten przez całe swe życie pozostał niedoceniony. 

"Zgroza w Dunwich..." jest zbiorem opowiadań, które wybrał wyżej wymieniony Maciej Płaza. To on dokonał tak wspaniałego i wiernego przekładu Lovecrafta, sam mówi, że pisarz ten zasługiwał na coś więcej, niż tylko na niedołężne próby oddania jego mistrzostwa. Postanowiłam przeczytać ten zbiór przy okazji lipcowej premiery wydania kolejnego tomu opowiadań tegoż autora, zatytułowanego "Przyszła na Sarnath zagłada- opowieści niesamowite i fantastyczne".

Jeżeli chodzi o oprawę. Książka ta jest pięknie wydana i co najważniejsze: w dwóch opcjach do wyboru, jeżeli wolimy okładkę miękką to możemy kupić ją sporo taniej, jeżeli bardzo cenimy sobie wygląd naszych cudeniek i komfort czytania, wówczas do dyspozycji mamy twardą okładkę. Ja jestem szczęśliwą posiadaczką tej drugiej opcji. Świetna, klimatyczna ilustracja, a dodatkowo w środku czeka na nas jeszcze kilka innych. Dodatkowo, zakładka tematyczna, co uwielbiam <3 . 

W tym zbiorze czeka na nas 15 opowiadań Pana Lovecrafta, a także bardzo rozwinięte posłowie od tłumacza, które było równie interesującą lekturą, co sama treść właściwa. Książka składa się z następujących części:

- Dagon (Dagon, 1917)
- Usta­le­nia w spra­wie zmar­łego Arthura Jer­myna i jego rodu (Facts Con­cer­ning the Late
  Arthur Jer­myn and  His Family, 1920)
- Wyrzu­tek (The Out­si­der, 1921)
- Muzyka Eri­cha Zanna (The Music of Erich Zann, 1921)
- Szczury w murach (The Rats in the Walls, 1923)
- Święto (The Festi­val, 1923)
- Zew Cthulhu (The Call of Cthulhu, 1926)
- Przy­pa­dek Char­lesa Dextera Warda (The Case of Char­les Dexter Ward, 1927)
- Kolor z innego wszech­świata (The Colour Out of Space, 1927)
- Zgroza w Dun­wich (The Dun­wich Hor­ror, 1928)
- Szep­czący w ciem­no­ści (The Whi­spe­rer in Dark­ness, 1930)
- W górach sza­leń­stwa (At the Moun­ta­ins of Mad­ness, 1931)
- Widmo nad Inn­smo­uth (The Sha­dow Over Inn­smo­uth, 1931)
- Cień spoza czasu (The Sha­dow Out of Time, 1935)
- Nawie­dzi­ciel mroku (The Haun­ter of the Dark, 1935)
- Posło­wie: W przed­dzień potwor­nego zmartwychwstania.

Przyznam się bez bicia, że do tej cegiełki nie mogłam się zebrać przez 1,5 miesiąca. Wisiała mi nad głową cały czas ale nie mogłam się jakoś wziąć w garść. W końcu, gdy stwierdziłam, iż sierpień będzie u mnie typowo czytelniczy, zaplanowałam sobie tę pozycję na 11 dni, tymczasem wystarczyło tylko siedem :). Wiem, że to i tak dość sporo, ale to nie jest zwykła książka, czy lekka lektura na dobranoc. Wymaga od czytelnika czujności i skupienia, a przy tym jest istnym pokazem językowych fajerwerków. 

To nie jest zwykła książka, to poezja sama w sobie. Pisana prozą, jednak ma tyle ozdobników tak dobrze wplecionych w fabułę, że naprawdę poraża. Na początku nie mogłam się jakoś "wbić" w styl Lovecrafta no i trwało to jakieś 200-250 stron. Niesamowicie rozbudowana składnia, tekst naszpikowany archaizmami, ale najbardziej charakterystyczne są liczne przymiotniki, które atakują nas w każdym zdaniu, np.: bluźnierczy, złowieszczy, rozchwierutany (moje ulubione słowo od kilku dni ;)), pełen zgrozy, pierwotny, bezbożny, przerażający, trędowaty, ponury, rozbestwiony, zatęchły, dziwny, obmierzły, potworny, przeklęty, strwożony, najohydniejszy, diabelski i wiele, wiele innych. Nie znajdziemy tu powtórzeń, o nie, jedyne co na nas czeka, to bogactwo językowe tak wielkie, że często przytłacza.

O! Tak na marginesie, ostatnio często trafiałam na książki pełne literówek, błędów gramatycznych i tak dalej. Tutaj w całej książce znalazłam tylko DWA BŁĘDY. Na pewno jest ich więcej, których nie zauważyłam, ale 800 stron i tylko dwa potknięcia - coś takiego zasługuje na jakąś nagrodę.

Później kiedy już naprawdę wczułam się w ten klimat, nie mogłam się oderwać od lektury. 
Jednak często pozycja ta wręcz odpychała mnie od siebie. Schematyczność, braki dialogów, długie opowieści bohaterów naprawdę mogą zniechęcić, jednak mam wrażenie jakby było to efektem zamierzonym. Właśnie dzięki temu nastrój grozy, całej tej stęchlizny i obrzydliwości jest niesamowicie spotęgowany. Abyście sami się o tym przekonali, zaprezentuję wam fragment tytułowej "Zgrozy w Dunwich":

Skórę porastała szorstka czarna sierść, z brzucha zaś zwisało bezwładnie mrowie zielonkawoszarych macek zakończonych czerwonymi ssawkami. Układały się one w sposób przedziwaczny, podług jakichś kosmicznych symetrii, nieznanych geometrii naszego świata i Układu Słonecznego. Na biodrach, w głębokich okolach różowawych, urzęsionych orbit tkwiła para szczątkowych oczy, w miejscu ogona z kolei wyrastało coś na kształt czułka czy trąby złobionej w purpurowe pierścienie i wedle wszelkich oznak będącej nierozwiniętą gębą czy gardłem.

W niektórych opowiadaniach mamy wręcz do czynienia z całkowitym brakiem akcji. Nie mam pojęcia jakim cudem, ale i tak dobrze się to czytało, chociaż w połowie jednego z nich zwyczajnie odpadłam i przeszłam do następnego. Lovecraft nie traktuje czytelnika z góry, wręcz przeciwnie, ma go za inteligenta, który poradzi sobie nawet z największymi trudnościami. Dlatego też nie podaje nam niczego na tacy, połowy wydarzeń, opisów, wyglądu wszelakiego paskudztwa musimy się domyślać. Jest to jednak niewiarygodnie pobudzające dla wyobraźni. Jeszcze nigdy nie czytałam czegoś tak niedopowiedzianego, tak tajemniczego i tak cudownego a jednocześnie odpychającego.
Opowiadania te warto czytać w podanej kolejności, ponieważ w następujących po sobie powiastkach zdarzają się nawiązania do poprzednich. 

Lovecraft był ateistą i doskonale to widać w jego twórczości. Brak tu konkretnego Boga czy bogów, natomiast spotykamy tu liczne "obmierzłe potworności", stworzenia dziwne i przerażające do szpiku kości, często starsze niż cały świat.

Jeżeli chodzi o bohaterów, są to zazwyczaj ludzie z tzw. inteligencji, a do poznania największych ziemskich i pozaziemskich tajemnic często przyczynia się zwykły przypadek. Równie często jest to "przeznaczenie", o którym nie mamy pojęcia.

Z tych schematycznych bądź co bądź opowiadań, najbardziej spodobało mi się "Widmo nad Innsmouth", według mnie najbardziej oryginalne, które rzeczywiście miało akcję i to tak wartką, że często czułam szybsze bicie serducha, gdy bohater uciekał przed rybio-żabimi stworami, niepodobnymi już do ludzi. To zdecydowanie mój numer jeden, drugim, już bardziej w stylu Lovecrafta był "Kolor z innego świata", motyw szaleństwa (dość lubiany przez autora), rozpadającej się rodziny i przede wszystkim, co rzuciło mi się w oczy to podobieństwo do "Stukostrachów" Stephena Kinga. Tam również mamy do czynienia z tajemniczym przedmiotem z kosmosu, który powoduje, iż ludzie stają się zupełnie innymi osobami, a wszystko dookoła się zmienia. Należy jednak pamiętać, iż King pisał później, być może inspirował się utworem Howarda Phillipsa. 

Na koniec chcę powiedzieć kilka słów o udziale Macieja Płazy w tworzeniu tej pozycji. W posłowiu tłumaczy, dlaczego podjął się tego wcale nie łatwego zadania, jakim było przełożenie utworów Lovecrafta, a także co sądzi o dotychczasowych "dokonaniach" swoich poprzedników:

W zasadzie nieładnie jest kpić z dokonań poprzedników, ale dotychczasowych polskich przekładów Lovecrafta nie mogę nie skomentować. Powiem więc krótko i po Lovecraftowsku: jest to bluźniercze plugastwo z najczarniejszej otchłani ignorancji i złego smaku; niechaj winni tej zbrodni skończą w szponach Wielkiego Cthulhu.

Ta wypowiedź wyjaśnia wszystko. Oddaję pokłony Panu Maciejowi, bo pewnie nawet nie zdaję sobie sprawy, jak trudne było to zadanie i jak wiele pułapek czekało na każdej stronie. 

Obietnica na okładce, jakoby powieści zawarte w tej książce były przerażające, na pewno została spełniona. Tym razem nie podejmę się oceny tej książki, ponieważ jest naprawdę świetna, jednak osobiście nie gustuję w tego typu literaturze, dlatego nie mam zbytniego porównania. Na pewno tę pozycję polecam fanom fantasy i sci-fi.

Plusy :
  • horror z krwi i kości,
  • kwiecisty język porażający różnorodnością,
  • autor szanuje czytelnika i daje pole do popisu jego wyobraźni,
  • oryginalny styl,
  • wspaniały przekład, 
  • klimatyczne ilustracje, oddające grozę utworów,
  • książka występuje w dwóch wersjach: w twardej i miękkiej oprawie, pięknie wydana.

Minusy:
  • schematyczność i w większości brak akcji i dialogów,
  • długie, niekiedy nudne opisy zdarzeń.

Za cudownie wydaną książkę dziękuję wydawnictwu Vesper :)
www.vesper.pl

Czytaliście?:)

Co wkurza większość książkoholików?

Przemyślenia 06 sierpnia
Cześć i czołem! Czy ręką! Czy nogą- czy czym tam jeszcze lubicie! :)

Przygotowania do tego posta zajęły mi sporo czasu, za każdym razem, gdy zobaczyłam w internecie czy w księgarni coś, co bardzo działało mi na nerwy, zaraz skrzętnie to sobie zapisywałam.

Tak więc dziś przedstawię wam rzeczy, które najbardziej wkurzają mnie, jako typowego książkoholika i myślę, że większość z was też tego nie cierpi.


1. Wydawanie tłumaczenia tylko części jakiegoś cyklu.

Numerem jeden jest zdecydowanie ten zarzut. Według mnie- największy grzech wydawniczy, bo to
PO PROSTU KU*WA SZCZYT.
Powiedzcie mi, jak można wypuścić na polski rynek na przykład 3 z 5 części jakiegoś cyklu? No jak? Przepraszam za bluzgi na blogu bądź co bądź kulturalnym, ale innego pytania nie można tu postawić. Oczywiście rozumiem kiedy wydawnictwo wypuściło na rynek jedną część i stwierdzili, że kolejnych już nie będą, bo im się nie opłaca - to ich święte prawo. Są jednak serie, gdzie wydano np 3 z 7 książek, mam tu na myśli serie o Nocnej Łowczyni Jeaniene Frost. Pomimo ciągłych próśb ze strony fanów, nadal nie wydano kolejnych części. Za to mam naprawdę ogromnego focha na wydawnictwo MAG. Inny przykład: cykl (mój ukochany) o Sookie Stackhouse. Wydano 14 części. CZTERNAŚCIE Z PIĘTNASTU! Przegięcie.
Na pewno macie na swojej liście książek do przeczytania kontynuacje, których prawdopodobnie nigdy się nie doczekacie.

W oryginale wyszło siedem podstawowych części, nie wspominam
już o częściach 0.5 czy 0.1.



W Polsce wyszły trzy....

2. Wielkie cegły w miękkiej oprawie.

Na to już w ogóle powinien być jakiś paragraf. Uważam, że powyżej maksimum 800 stron powinno się wydawać książkę w twardej oprawie lub chociaż w dwóch wersjach. To naprawdę jest niektórym z nas niezbędne. Nienawidzę, gdy łamią mi się brzegi w książkach, weźmy na tapetę chociażby "Lady Midnight"- 828 stron i miękka okładka....Bez komentarza.

3. Oszczędzanie na wydaniu książki.

Do wszystkich wydawnictw, jeżeli oszczędzacie na papierze i dajecie cieniutki, czy kleicie, bo szycie jest droższe to uwierzcie- TO WIDAĆ. Mnie osobiście to naprawdę odstrasza. Mój facet jakiś czas temu kupił sobie książkę "Obudź w sobie olbrzyma"- bardzo mu się podoba i generalnie jest to pozycja, która ma świetne oceny. Niestety wydana tylko w jednej opcji i jest po prostu tak upchana, tak ściśle sklejona, miniaturowe marginesy, że grubością przypomina moje książki, które mają po 400 stron, a ona sama ma ponad 700. Tomek naprawdę dba o książki (ma to w końcu po mnie) a już ma maksymalnie złamany grzbiet, bo musi dość mocno otworzyć tę książkę, żeby dojrzeć początki zdań (małe marginesy). Teraz już w ogóle zaczęło się bajlando, bo klej zaczął puszczać i kartki wypadają. Jak można popełnić takie wydanie?
Tutaj wam pokażę moje dwie przykładowe książki, po jednej widać, że wydawnictwo "odfajkowało" wydanie i taką, do której się naprawdę przyłożono.


Książka Sparks jest w baaaardzo miękkiej oprawie, bez obrazków czy czegokolwiek innego, a jej cena okładkowa wynosi 37,80 zł. "Osobliwy dom Pani Peregrine" wydano w twardej okładce, ze wspaniałymi fotografiami w środku, ilustrowanymi stronami i w ogóle widać, że niemożliwie się tu przyłożono i kosztuje ona 35 zł. Wniosek? Sami go wyciągnijcie. Zaznaczę tylko, że Media Rodzina nie jest wydawnictwem, które jakoś słabo prosperuje, więc porządne wydanie książki wcale nie doprowadza do bankructwa. 

Pragnę jednak zaznaczyć, że nie zawsze twarda oprawa oznacza świetne wydanie. O nie, jak w przypadku "Inferno", obwoluta piękna, kolorowa, a po jej ściągnięciu czeka na nas coś takiego....


Na dowód, że jak się chce, to można, pokażę wam wydanie " Portretu Doriana Graya".

 

 4. Nagła zmiana wydania w środku serii.

Dlaczego wydawnictwa nam to robią? Mamy ukochaną książkę, a potem kontynuacja pojawia się w innym wydaniu. Przykład? Moje ukochane "Dziewczyny, których pożądał", jak tylko dowiedziałam się, że jest kolejna część, poleciałam do komputera i kupowałam, jakiż był mój zawód, gdy zobaczyłam to:


Kolejnym przykładem jest chociażby słynne "Metro", nie wydanie ostatniej części w oryginalnej wersji było szczytem chamstwa. Sama posiadam jednak to nowsze wydanie, z którego jestem bardzo zadowolona.



5. Kiedy wygląd bohatera nie zgadza się z jego opisem w książce.

W zasadzie nie wiem z czego to wynika, z braku gotowego zdjęcia, które można by było wrzucić na okładkę, z lenistwa wydawcy, któremu nie chce się przeczytać książki i dowiedzieć jak powinien wyglądać front. To taki błąd czysto kosmetyczny, ale denerwuje mnie tak samo, jak zmiana wyglądu bohatera w ekranizacji jakiejś powieści.
6. Kiedy autor (u nas dotyczy to prawie wyłącznie polskich) obrusza się o krytyczną recenzję.

Niestety większość z was na pewno spotkała się z sytuacją, gdzie blogera objechano z góry na dół czy to na fanpage jakiegoś autora czy na samym jego profilu dlatego, że napisał krytyczną opinię o jego dziele. Szczyt braku pokory i żenady. Jak inaczej określić takie zachowanie? Skoro piszesz coś, musisz liczyć się z tym, że komuś to się ma prawo nie spodobać. Blogerzy książkowi są obecnie potęgą, a niektórzy autorzy chyba nie zdają sobie z tego sprawy i wysyłając egzemplarze do recenzji nie mają pojęcia, na co się piszą. Później wychodzą cyrki. 

7. Ohydne okładki, które odstraszają czytelników.

Każdy z nas ma swoje ulubione książki, które mają po prostu obrzydliwą oprawę. Skutecznie to odstrasza czytelników, a być może przez ten okrutny żart projektantów sprzed nosa ucieka nam najlepsza książka ever? U mnie jest to zdecydowanie seria "Darów anioła"- poprzednie wydanie było koszmarne, teraz jest już zdecydowanie lepiej, chociaż i tak mam wiele uwag. 

TO JEST STRASZNE!
To już trochę lepiej, ale nadal szału ni ma.
Dziesięć tysięcy razy bardziej wolałabym żeby okładki "Darów anioła"
właśnie tak wyglądały.

Jeżeli chodzi o rzeczy, które mnie irytują u wydawców, autorów i tak dalej to chyba tyle. Teraz przejdę do blogosfery, do której członków również mam kilka zarzutów.

8. 3-zdaniowe opinie, hucznie zwane recenzjami.

Nie mówię, jeżeli ktoś naprawdę tak prowadzi bloga, że w pięciu zdaniach opisuje wrażenia po przeczytaniu książki, ale są to świetnie zbudowane sformułowania, niezwykle przemyślane, bombardujące nas tysiącem informacji.
Tutaj jednak chodzi mi o "recenzje", które składają się z piętnastu linijek skopiowanego opisu od wydawcy, a kolejne trzy ograniczają się do :"Fajna książka, fajna historia, fajni bohaterowie"- jeszcze potem jawnie się oburzają i dziwią, że niewielu ludzi czyta ich opinie. 

ZAZNACZAM: nie uważam, że moje opinie są fantastyczne, dlatego nazywam je "opiniami" i nie oczekuję od blogerów, że będą pisać jak krytycy literaccy, bo nimi nie jesteśmy. Jednak jak widzę coś takiego to mnie to bardzo odstrasza. Po prostu jeżeli szukam recenzji danej książki, to chcę wiedzieć czy książka jest "fajna", ale oprócz tego dlaczego- właśnie tego mi bardzo brakuje. Oczywiście to nie jest jakiś ogromny problem, ale raczej rzecz do poprawienia, na którą trzeba zwrócić uwagę. 

9. Spoilery 

To chyba największy koszmar każdego czytelnika, który szuka opinii na temat książki, którą chce przeczytać. Ten punkt ściśle wiąże się z poprzednim, ponieważ w takich bardzo krótkich i niezbyt bogatych w treść opiniach, łatwo jest zaspoilerować coś. Pierwsza zasada każdego blogera książkowego: NIE ZDRADZAĆ WAŻNYCH SZCZEGÓŁÓW FABUŁY I BROŃ BOŻE ZAKOŃCZENIA. To powinno wisieć jako baner na niektórych witrynach. 

10. Komentarze typu :"Fajny post, zapraszam do mnie : (link).

Nie wiem czy komukolwiek muszę tu cokolwiek tłumaczyć. Są to komentarze, które niektórych doprowadzają do szewskiej pasji. Ja bardziej czuję zażenowanie poziomem osoby, która w ten sposób się wypowiada. Naprawdę, wchodzę na konto praktycznie każdej osoby, która wypowie się u mnie na blogu i oglądam, co prezentuje na swoim, jeżeli go ma. Myślę, że większość z was tak robi, chyba że w ogóle nie chce widzieć innych, wówczas nawet zostawienie linka nie zachęci.
Ostatnio jednak widziałam największy kosmos w moim życiu. 
Przeczytałam posta pewnej blogerki, nad którym naprawdę się napracowała i było to widać. Pod artykułem  inna blogerka nawet nie połaszczyła się o napisanie nawet jakieś frazesu, typu "świetny post" czy tym podobne. Tutaj była perfidna reklama złożona z pięciu linijek i zaczynała się mniej więcej tak:" DZIŚ U MNIE NA BLOGU ZUPEŁNIE INNY POST! Mówię w nim o tym, jak..... " blablabla i link do bloga. Bez kitu, zagotowałam się, bo autorka artykułu bardzo się napracowała a tu taka żenada w komentarzu ją spotkała.

Tutaj znalazłam...eh...nawet nie wiem jak to nazwać...

11.  "W tym miesiącu przeczytałam tylko 18 książek, wiem, to okropny wynik, w następnym będzie lepiej..." - Czy tylko mnie to wkurza?

Notorycznie widzę coś takiego na blogach i zastanawiam się, czy tylko mnie działa to na nerwy. Cytat u góry jest z życia wzięty. Jak to zobaczyłam to od razu zamknęłam okno z tym blogiem. Bez jaj. Rzeczywiście, żeby uznać swój wynik w czytelnictwie za dobry trzeba przeczytać przynajmniej jedną dziennie?! Albo nie, nawet dwie! Rozumiem, że niektórzy ilość trzech- czterech -czy nawet pięciu przeczytanych książek w miesiącu jest niewystarczająco okej? Czy naprawdę liczy się ilość a nie jakość? Albo to ja sobie coś ubzdurałam i to ze mną jest coś nie tak, że jeżeli przeczytam w miesiącu jedną, ale tak fantastyczną książkę, że przez nią spać po nocach nie mogę to jestem niewyobrażalnie szczęśliwa?

12. Na koniec hicior nad hiciory.

Jakiś czas temu widziałam u pewnej blogerki posta z podobnymi zażaleniami, ale skierowanymi wyłącznie do blogerów. Jednym z nich było to, jakoby większość blogów wyglądała baardzo podobnie (z czym po części się zgadzam, ale jakoś strasznie mi to nie zawala) i wszędzie jest ten sam szablon i napisy zamiast nagłówka. Co miała owa osoba na swoim blogu? Ten sam szablon, który można spotkać na większości naszych witryn (podobny do tego, który na razie mam ja) i NAPIS ZAMIAST NAGŁÓWKA. Serio nie miałabym nic przeciwko niej, ale napisała to z takim obrzydzeniem i pogardą, że zabrakło mi słów, jak można być tak ślepym.

Tym razem to taki post z wylewaniem swoich gorzkich żali, niedługo postaram się napisać coś przyjemniejszego, bo blogowanie, wydawanie i czytanie książek to nie tylko zarzuty, to w 90% największa przyjemność :).


Gif pochodzi z giphy.com

A co was irytuje najbardziej?

Zgadzacie się ze mną? A może nie?

O wszystkim piszcie w komentarzach ! :)

"Osobliwy dom Pani Peregrine" - Ransom Riggs

fantasy 03 sierpnia
Trochę szaleję w tym miesiącu, bo w ciągu trzech dni sierpnia przeczytałam już dwie książki ! :D

Dziś, być może niektórych zaskoczę, ponieważ przedstawię wam swoją opinię na temat KSIĄŻKI "Osobliwy dom Pani Peregrine". Spotkałam się już z kilkoma osobami, które były wielce zdziwione, iż jest taka książka, a nie tylko film (warto zaznaczyć, że reżyserii Tima Burtona). 


Do większości z was na pewno dotarła informacji o ekranizacji tej książki, pod tym samym tytułem, która do kin ma wejść na początku października (o zgrozo, myślałam, że wcześniej!). Sama widziałam zwiastun i byłam wręcz oczarowana, a że słyszałam wcześniej o książce, od razu postanowiłam ją przeczytać. Wspólnie z wydawnictwem Media Rodzina stwierdziliśmy, że premiera filmu może być świetnym pretekstem aby tę pozycję "odświeżyć".

Ciekawostka o filmie: Panią Peregrine zagra Eva Green. Kobieta, która pasuje do tej roli niesamowicie. Aktorka, która jest niemożliwie charakterystyczna, a jej spojrzenie po prostu zabija.

29/2016

Tytuł oryginalny: "Miss Peregrine's Home for Peculiar Children"
Wydawnictwo: Media Rodzina
Cykl: Pani Peregrine (tom 1)
Kategoria: fantastyka/fantasy/thriller
Liczba stron: 400
Cena okładkowa: 35 zł

Kilka słów o autorze: wcześniej o nim nie słyszałam a to dlatego, że "Osobliwy dom..." jest jego debiutem, w co po przeczytaniu książki uwierzyć nie potrafię. Ciekawostka: jego żoną jest Tehereh Mefi, którą możecie znać, ponieważ napisała serię "Dotyk Julii", na której punkcie świat oszalał, a której ja czytać nie mam zamiaru. Nigdy.

Jeżeli was to ciekawi, to książka ta posiada kontynuację, druga część to "Miasto cieni" a trzecia "Biblioteka dusz".

Kilka słów o wydaniu. Nie. Nie kilka słów- kilka zdań, bo zdecydowanie ta oprawa zasługuje na więcej. TO NAJPIĘKNIEJ WYDANA KSIĄŻKA, JAKĄ KIEDYKOLWIEK WIDZIAŁAM.
Serio. Twarda okładka, a w środku fantastyczne zdjęcia w stylu retro, ilustrowane strony, ozdabiane numery stron, odręcznie pisane listy i generalnie multum dobroci. Nikt tu absolutnie nie oszczędzał na wydaniu i gdy tylko listonosz przyniósł mi tę książkę, myślałam, że umrę ze szczęścia. Cena okładkowa to 35 zł co już jest maksymalnie niskim kosztem i szczerze powiedziawszy, za tak wydaną książkę byłabym w stanie dać i 50 zł. W zdjęciach postaram się wam przedstawić piękno tej pozycji.

Przechodząc do konkretów. Książka opowiada o 16-letnim Jacobie, którego dziadek od dzieciństwa faszerował go bajkami o dziwnych dzieciach, z którymi mieszkał w młodości na pewnej, tajemniczej wyspie. Dzieciaki te posiadały niezwykłe zdolności, a na potwierdzenie swoich słów pokazywał wnukowi liczne fotografie. Jacob jednak nigdy mu do końca nie uwierzył zwłaszcza, że zdjęcia były ewidentnie spreparowane. Jednak w umyśle młodzieńca zawsze pozostało ziarenko niepewności.
Kiedy jego dziadek umiera, daje wnukowi kilka niejasnych wskazówek, które Jacob odebrał jako bełkot człowieka starego i nie do końca zdrowego psychicznie. Czy jednak tajemnicza wyspa jest tylko legendą i wymysłem dziadka? Niedługo potem Jacob może się o tym przekonać. Tylko czy na pewno jest gotowy na prawdę? 

Powiem, że już od naprawdę długiego czasu nie czerpałam tak ogromnej radości z tego, że czytam i co czytam. Sama historia w trakcie jej przeżywania nie powodowała, że chciałam się dowiedzieć, co będzie dalej, tylko cieszyłam się z tego, co widziałam oczami wyobraźni aktualnie. Szczerze mówiąc, nie myślałam, że jest to możliwe. Ostatni raz przeżyłam coś takiego chyba w gimnazjum, podczas czytania "Harry'ego Pottera".

Jeżeli myśleliście, że połączenie thrilleru i fantasy nie jest możliwe, to tu macie dowód na to, że się mylicie. Niesamowite, czego dokonał Ransom Riggs i to podkreślam, w swoim debiucie!

Książkę czyta się w mig, a wszystkie fotografie wspaniale uzupełniają treść. Nawet z pozoru nudne zdjęcie, na którym jest przedstawiona sędziwa kobieta z fajką, na którym nie widać żadnych szczegółów jest tak wtopione w fabułę i tak doskonale opisane, że nie mieści mi się to w głowie.

Bardzo mnie cieszy, że groźne sytuacje były poprzetykane rozmowami pełnymi humoru i to jakiego! Siedziałam i się chichrałam jak czubek. 

-Poczekaj tutaj.
-Wypchaj się. Bo co ?
-Bo masz prawie dwa metry wzrostu i zielone włosy. Mój dziadek cie nie zna, a zbiera broń.

Kolejną zaletą tej książki jest to, że wątek miłości tutaj praktycznie nie występuje, nie licząc uczucia łączącego dziadka Jacoba z jedną z mieszkanek domu na wyspie. Cudowne, ponieważ już mam dosyć ciągłych romansów w każdej książce, rzewnych opowieści i nie daj Boże trójkątów miłosnych.

Powieść jest niezwykle oryginalna, a przedstawienie osobliwych dzieci i w ogóle pomysły na te postaci wygrywa wszystko. W której książce mamy do czynienia z niewidzialnym człowiekiem, dziewczyną panującą nad roślinami, która może ucieleśnić bajkę o Jasiu Fasoli, rodzeństwem o sile Herkulesa chłopcem, którego zdolności można przedstawić następująco:

Enoch O'Connor, wskrzesiciel zmarłych, urodzony w rodzinie przedsiębiorców pogrzebowych, którzy nie mogli zrozumieć, dlaczego ich klienci ciągle wstają i odchodzą.

To oczywiście nie wszyscy, bo chociażby na okładce widzimy dziewczynkę, która potrafi lewitować. Głucholce i upiory, i Bóg wie co jeszcze czeka na moment, w którym otworzymy książkę, i po prostu odlecimy.

Ja odleciałam, naprawdę. Gwarantuję wam, że wy też odlecicie. Autor pisze tak ciekawie i wciągająco, że ani przez moment się nie nudziłam i wiem, że będzie to jedna z moich ulubionych książek, które przeczytam jeszcze nieraz. Co najlepsze, w tej powieści chyba nie było żadnej postaci, która by mnie irytowała, a to nowość i ogromny sukces. Jacoba bardzo polubiłam, inteligentny, dążący do celu młody chłopak, który wie, czego chce i nie ugina się pod niczyimi namowami. To żadna cecha, zwłaszcza w dzisiejszych czasach. A propos czasów! Zapomniałabym dodać, że mamy tu motyw niejakiego podróżowania w czasie, przeskakiwania w różne pętle czasowe, przenieść możemy się do czasów drugiej wojny światowej i liznąć chociaż trochę ówczesnych realiów. Także jeżeli są tu jacyś fani, to polecam serdecznie, choćby z tego względu :).

To chyba tyle, mogłabym jeszcze wiele ochów i achów tu wyrzucić, ale starałam się, żeby było w miarę rzeczowo :Ogólna ocena: 9,5/10. ).

Za cuuuuuudowną książkę dziękuję Wydawnictwu Media Rodzina :)

"Zabawy z bronią" - Faye Kellerman

faye kellerman 02 sierpnia
Dzień dobry.
Wybaczcie, że tak oficjalnie, ale aż mnie nosi ze złości. Jestem na ogromnym skraju z pieniędzmi i generalnie ostatki mojego budżetu wydałam na "Dary anioła", z których piekielnie się cieszę. Kupiłam je w sobotę i to w dwóch różnych księgarniach, bo skończył się nakład trzeciej części i tylko w nielicznych miejscach była opcja jej nabycia. No i zamówiłam. Wczoraj wchodzę na facebooka, patrzę a tu MAG ma 40% na wszystko i jeszcze 10% jeżeli się zakupi minimum dwie książki. Zamówiłabym 5. W ten sposób wydałam 140 zł, a na stronie MAGa koszt wyniósłby mnie jakieś 100-105 zł. Dziękuję za uwagę, idę rzucić się z mostu.

Dobra, pójdę się zabić jak napiszę recenzję, bo wydawnictwo Harper Collins mnie zamorduje.


28/2016

Tytuł oryginalny: "Gun games"
Wydawnictwo: Harper Collins
Cykl: Peter Decker & Rina Lazarus (tom 20)
Kategoria: kryminał/sensacja/thiller
Liczba stron: 432
Cena okładkowa: 36,99 zł

Dziś chcę wam przedstawić "Zabawy z bronią", książkę, która swoją premierę miała niecały miesiąc temu, a dokładniej 6 lipca tego roku. Dopiero spojrzałam czy to część jakiegoś cyklu i okazało się, że tak! W dodatku 20 tom!

O czym opowiada? Przytoczę opis wydawcy:

"Detektyw Decker prowadzi dochodzenie w sprawie samobójstwa nastoletniego chłopca. Szybko dochodzi do wniosku, że klucz do rozwiązania zagadki znajduje się w szkole, do której chodził Greg Hesse. Elitarne liceum, jedno z najlepszych w kraju, jest terenem łowieckim narkotykowych dilerów i handlarzy bronią. Kilkoro uczniów prawdopodobnie współpracuje z mafią, a pozostali boją się mówić. Śledztwo rusza z miejsca, gdy umiera kolejna uczennica z tej samej szkoły. Decker uważa, że znów ktoś upozorował samobójstwo. Ktoś, kto lubi okrutne zabawy i traktuje ludzi jak marionetki."

Muszę przyznać, że opis przedstawia jedynie połowę książki. Śledztwo, które prowadzi Decker rzeczywiście jest tutaj najważniejsze, ale jakby obok tego wątku zostaje przedstawiona relacja Gabe'a (podopiecznego porucznika, którym się chwilowo zajmuje), młodziutkiego, niezwykle uzdolnionego pianisty i Yasmine- irańskiej żydówki, która nie ma prostego życia, gdyż jej rodzina jest baaardzo ortodoksyjna i praktycznie wszystkiego się jej zabrania.

Muszę pochwalić wydawnictwo za wydanie. Okładka może nie powala, ale jest przyjemna dla oka, ale najlepszy jest środek. Tak dużej czcionki nie widziałam już dawno! Dzięki temu niewiarygodnie wzrasta komfort czytania :D.

Jeżeli chodzi o fabułę, to przyznam, że jest dość ciekawa i nieprzewidywalna. Kilka elementów układanki odkryłam dużo wcześniej od funkcjonariuszy, ale koniec końców rozwiązania w życiu bym się nie domyśliła. W zasadzie najbardziej spodobał mi się finał tej powieści. Jednak biorąc pod uwagę ogół, jest to dobrze skonstruowany kryminał, który czyta się w mig. Zostajemy przeniesieni w świat młodzieńczej mafii, narkotyków i prostytucji. Uwielbiam motywy handlu ciałem w tego typu książkach, w zasadzie im więcej, tym dla mnie lepiej. Widzimy jak w zasadzie funkcjonuje taki świat. Próbujesz kogoś zabić, inną osobę porywasz, jeszcze inną gwałcisz, posiadasz tonę narkotyków ale jeżeli masz przypuśćmy 5 milionów, to co Ci kto zrobi. Dalej możesz być postrzegany jako niewiniątko, wystarczy, że znasz kogo trzeba.
Jednak ten półświatek też ma swoje zasady. Gdy w końcu porwiesz się na bliską osobę jakiegoś psychopaty, możesz tego bardzo pożałować. Jeden z bohaterów w tej książce również się o tym przekonał i właśnie ten fragment "Zabaw z bronią" podobał mi się najbardziej :).

Akcja jest wartka, nie można się nudzić, ciągle coś się dzieje, co jest ogromną zaletą każdej książki. Nie cierpię, gdy fabuła ciągnie się w nieskończoność i jedyny dreszczyk emocji czuję na ostatnich 20 stronach. 

Jeżeli chodzi o bohaterów to najbardziej polubiłam postać w zasadzie niewiele znaczącą dla fabuły- Rinę- czyli opiekunkę Gabe'a. Kobieta ze świetnym poczuciem humoru, a do tego wyrozumiała, wierna i kochająca. Drugą postacią, którą bardziej szanowałam niż lubiłam był właśnie Gabriel. Niewiarygodna postać- sprytny, inteligentny, błyskotliwy, a kiedy trzeba niezła szuja. Uwielbiam takich ludzi.

Małpa podeptała mi miejsce zbrodni. Ale jak chcę mu zrobić zdjęcie specjalnie- to ucieka. Koty....
Nie obyło się bez postaci, które miałam ochotę po prostu rozszarpać. Była nią właśnie Yasmine. Rozumiem, ona miała 14 lat, ale po prostu tak irytującego charakteru nie widziałam w żadnej książce jeszcze nigdy. Grrrr! Boże, jak dobrze, że normalnie nie mam do czynienia z osobami w takim wieku. Generalnie "miłość" Gabe'a i Yasmine była opisana w sposób, który niesamowicie mi działał na nerwy. Czytając tę książkę w głowie aż słyszałam takiego piszczącego, małego, irytującego pokemona. Po dwóch tygodniach od momentu, gdy się poznali, już wyznawali sobie miłość. Nie wiem, może ja już jestem za stara i nie rozumiem takiego młodzieńczego "uczucia".

W każdym razie najbardziej podobały mi się te ostre fragmenty związane z pornografią (nie myślcie, że jestem jakimś zboczeńcem, po prostu lubię, gdy opisy są wyraziste, a ten motyw daje wiele możliwości autorowi) oraz te, w których pojawiała się Rina, bądź ojciec Gabriela, ponieważ baardzo poprawiały mi humor.

Tak powiedziała pielęgniarka. "Kiedy zechce sikać, niech sika do kubka".
Może w twoich sikach jest mnóstwo różnych ważnych pierdół, które chcą zbadać.
Może lekarz jest zbokiem.


Książka posiada jedną dużą wadę, którą ciężko mi wybaczyć autorce. No właśnie- autorce. Do teraz byłam przekonana, że Faye Kellerman jest mężczyzną, a tu o, niespodzianka. Mogłam się jednak domyślić, bo nieraz właśnie trochę mi to zalatywało kobiecą ręką. Wracając do wady- niestety bardzo często miałam wrażenie, że Pani Kellerman ma dość mgliste pojęcie o pracy w policji. Skończyłam studia kryminologiczne i mimo że nie pracuję jako funkcjonariusz, i nie piszę zawodowo kryminałów mogłabym wytknąć kilka błędów i to poważnych niestety. Wyobraźcie sobie sytuację, że jest sobie porucznik, zwykły porucznik (stopień będący mniej więcej na środku hierarchii w policji), który zajmuje się sprawą dwóch samobójstw nastolatków, na pierwszy rzut oka absolutnie ze sobą nie powiązanych, wszyscy twierdzą, że nawet się nie znali, koroner nie ma żadnych wątpliwości, że były to zwykłe zamachy samobójcze, nie ma żadnych poszlak, które w najmniejszym stopniu mogłyby świadczyć o tym, że ktoś im w śmierci pomógł. Do porucznika przychodzi matka dzieciaka, który się zabił i twierdzi, że jej dziecko by nie zrobiło czegoś takiego i już. To wystarczyło, żeby zaangażować całą jednostkę i nie zamykać sprawy. Nie kochani, to tak nie ma. Nie ma śladów, poszlak czy czegokolwiek, tylko zdanie matki denata, że jej ukochany syn nie mógłby się zabić. Może będzie przykre to, co powiem, ale w takim przypadku sprawę się zamyka, głównie ze względu braku czasu policjantów. Mnogość zgłoszeń po prostu przytłacza i gdy nie ma żadnych dowodów czy śladów sprawę się zamyka bądź umarza.
Po drugie: nie wiem czy to wina autorki, czy kryminalistycy w tej książce są tak tępi ale wyobraźcie sobie sytuację taką: chłopak popełnia samobójstwo i stwierdza się, że żadnych śladów osób trzecich nie ma. Później okazuje się, że to nie do końca prawda. Dzieciak strzelił sobie w głowę (gdybyście nie wiedzieli, po czymś takim po prostu wszystko, ale to wszystko, od podłogi po sufit jest umazane krwią, cząstkami kości i mózgu) i przecież jest różnica, jak ktoś czy coś stoi na drodze tego lotu cieczy czy nie. Kąt padania kropel krwi wówczas jest zupełnie inny niż gdyby leciała swobodnie. Proste i logiczne. To znaczy- to jest proste, tylko nie wiem czy to wytłumaczyłam jakoś sensownie xD.

Nie wiem, może się czepiam, ale mnie to bardzo raziło. Z ciekawości zobaczyłam kim jest Faye Kellerman i okazuje się, że jest ortodoksyjną żydówką, stąd ta znajomość wszystkich świąt i zwyczajów żydowskich! Muszę przyznać, że ta Pani ma dosyć oryginalny styl, chwała jej za to.

Ogólna ocena: 6,5/10.
Polecam fanom gatunku, jeżeli ktoś nie lubi kryminałów, to ta książka go raczej do nich nie przekona

Za książkę dziękuję wydawnictwu Harper Collins :)

http://www.harpercollins.pl/

Obserwuj przez e-mail