„Poza cywilizacją” – Ed Stafford

30 czerwca

18/2016

Tłumaczenie: Marek Król
Wydawnictwo: Vesper
Cykl: -
Kategoria: literatura podróżnicza
Liczba stron: 360
Cena okładkowa: 39,90 zł

Sześćdziesiąt dni i on. Sam. Bez niczego. Czy da radę zrealizować plan, który ułożył z kumplem przy piwie?

Ed Stafford- jestem pewna, że każdy z nas słyszał o tym człowieku. Były żołnierz brytyjskiej armii i podróżnik, który jako jako pierwszy pokonał PIESZO drogę wzdłuż Amazonki, jego przygoda trwała 860 dni. Współpracuje z Discovery Channel, tworząc programy o tym, jak przetrwać nawet w najtrudniejszych warunkach. Jego celem jest jednak nie samo wytrwanie i przeżycie, ale także sprowadzenie swojej egzystencji w danych miejscu do przyzwoitego poziomu. Jeżeli widzieliście kiedykolwiek jego projekty to od razu zauważyliście co je różni od innych programów surwiwalowych. Bieganie na golasa, spanie w jaskinii i jedzenie surowych ślimaków to tylko początek, z każdym dniem chce być coraz lepszy.
Jest jednak problem, sześćdziesiąt dni izolacji, brak noża, ubrania, wody, pożywienia i przebywanie na dotąd nieznanej mu wyspie. W dodatku musi wszystko nagrywać i cały czas trzymać fason, bo przecież kręci program dla znanej stacji.

Zawsze zatrzymuje się na jego programach, kiedy bezmyślnie przełączam na coraz to inne stacje, siedząc przed telewizorem. Jest świetny, często zdarza mi się oglądać np. „Nagi instynkt przetrwania”, jednak po kilkunastu odcinkach zaczął mi się zwyczajnie nudzić. Oczywiście, komary, różne dziwne gady, deszcz, zimno, brak wody i pożywienia to wstrząsające warunki, aczkolwiek no cóż, do wszystkiego jako widz się niestety przyzwyczajamy. Ed natomiast zawsze wymyśla coś innego, szczerze go uwielbiam.
Do tej pory z literatury podróżniczej czytałam jedynie jedną książkę Wojciecha Cejrowskiego a także jedną Martyny Wojciechowskiej i bardzo mi się podobały. Nie lubię stylu Beaty Pawlikowskiej, ale myślę, że to dlatego, że po prostu jakoś jej samej za bardzo nie trawię.

Muszę przyznać, że po lekturze tej książki, po prostu pokochałam Eda. Jest prostym, szczerym facetem, który od razu zdobył całą moją sympatię. Muszę przyznać, że to, co widzimy w telewizji to tylko 1/10000 prawdy. Ed opowiadając w książce o swoich prawdziwych uczuciach, wspominał również o tym, jak to ukazywał w kamerze. Pierwsza „spódniczka”, którą zrobił praktycznie doprowadziła go do rozpaczy, chociaż na potrzeby telewizji udawał człowieka bardzo z siebie zadowolonego. Takich przykładów jest bez liku, trochę smutne, ale dzięki temu doceniam potęgę książki i ten względny brak cenzury (podejrzewam, że gdyby usłyszeć całą historię od autora byłaby to jeszcze kolejna, zupełnie inna wersja).

Muszę tutaj naskrobać kilka słów o wydaniu, jak to ostatnio mam w zwyczaju. Jest naprawdę dobre. Przyznam, że już od dawna nie miałam tak „dużej” książki w dłoniach. Ma wymiary 222x 150 mm, więc generalnie- olbrzym, podobnie jak sam Ed ;). Przy tym dość duża czcionka, która daje +200 do komfortu. Żywa okładka ciesząca oko, mimo, że już od frontu atakuje nas łapsko Stafforda :D. W środku zamiast oznaczeń rozdziałów mamy pionowe kreski, przekreślone jedną poziomą (w przypadku każdej piątki), takie znaczki możemy zobaczyć np. u więźniów, którzy zaznaczają sobie dni odsiadki.  W dodatku kilka kolorowych ilustracji zdecydowanie umila lekturę.

Od dawna w swoich opiniach nie przytaczałam żadnych cytatów, ale tutaj nie będę w stanie się bez tego obyć, ponieważ w niektórych momentach poczucie humoru naszego podróżnika nie zna granic :D.
Spotykamy się ze świetnymi opisami czynności skrajnie nudnych:

„ Kiedy słońce oparło się o hotyzont, usiadłem w gównianym pyle i jadłem niedojrzały, galaretowaty kokosowy miąższ, wydłubując go paznokciami jak małpa.”

czy (liczne w tej książce) opisy ekskrementów i defekacji:

„Zaraz po przebudzeniu zrobiłem wielką kupę.”

Nie wiem czy wszystkim się to spodoba, ale takich opisów znajdziemy naprawdę wiele :D Ed sam zastanawiał się, czy je umieszczać w książce, ale w końcu (moim zdaniem prawidłowo) stwierdził, że ludzie powinni znać jego 2-miesięczną wyprawę i życie na bezludnej wyspie z każdej strony. Czasem rzeczywiście było trochę obrzydliwie, aczkolwiek muszę przyznać, że nawet o tym pisał w miarę możliwości ładnie :D.
Na początku myślałam, że opisy pierwszych kilku-kilkunastu dni będą rzeczywiście ciekawe, ale potem to już na pewno zrobi się nuda, bo przecież będzie robił ciągle to samo, a rutyna nie może być interesująca. Bardzo się zdziwiłam. Człowiek, który na dwa miesiące ląduje na wyspie bez absolutnie żadnego przedmiotu (nie licząc kamer) nie miał na nic czasu! Ciągle czymś się zajmował, czasem nawet nie zdążył zjeść lunchu, bo tyle miał na głowie. Co chwila stawiał przed sobą nowe wyzwania: a to przeniesienie się z jaskini do własnoręcznie zbudowanego szałasu, a to upolowanie kozy, a to zrobienie tratwy i wybranie się na ryby czy konstrukcja łóżka. Kiedy czyta się jego zapiski, czytelnik myśli sobie:” O Boże, on chyba oszalał!”.
Kolejnym plusem są osobiste przemyślenia Stafforda. On sam będąc świadomym swoich niedoskonałości dzieli się z nami całym doświadczeniem, którego nabrał. Muszę przyznać, że sama często robiłam przerwę w czytaniu i zastanawiałam się nad tym, co napisał. Brak czasu, czyli obecna choroba cywilizacyjna prawie całego świata daje się we znaki także Edowi. Dzięki niemu zdiagnozowałam ją także u siebie, mimo że do tej pory nie zdawałam sobie z tego sprawy. W końcu niedługo mam obronę pracy licencjackiej, chwilowo nie mam pracy i sporo czasu, a mimo to odstawiam malowanie czy sport…

Wracając do książki. Na końcu znajdziemy krótki opis życia Eda rok po wyprawie. Nawet zawodowy podróżnik, który sam wymyślił 60-dniową wyprawę na bezludną wyspę bez żadnej pomocy odczuł katastrofalne skutki tej podróży. Tak długa izolacja spowodowała u niego np. wahania nastrojów, które kończyły się wybuchami płaczu czy zafiksowanie na punkcie jedzenia. Nie obyło się bez psychiatry. Sam Stafford wyniósł wiele z tej wyprawy, a dzięki niemu my także możemy bez potrzeby 2-miesięcznej podróży.

Czy powtórzyłby to?
Cytuję: „Musiałoby mnie po*ebać!”

Za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu Vesper :).

Ogólna ocena: 9/10.

„Metro 2033″ – Dmitry Glukhovsky

30 czerwca

17/2016

Tytuł oryginalny:„Metro 2033”
Wydawnictwo: Insignis
Cykl: Metro 2033 (tom 1.)
Kategoria: fantastyka/fantasy/science fiction
Liczba stron: 592
Cena okładkowa: 39,99 zł

Kolejny raz mogę zdenerwować hejterów niecierpiących nowych recenzji „starych” publikacji :D. No właśnie, póki pamiętam, to mam jedno zdanie wyjaśnienia: wiem, że niektórych kole w oczy słowo „recenzja”, według mnie jest to po prostu opinia, w której zawieram swoje wrażenia po przeczytanej książce. Recenzja- brzmi dumnie, jednak niektórym radzę się tak nie spinać i przestać mylić bloggerów z krytykami literackimi (mówię tu o sobie). Pamiętajcie: ja używam wyrażeń „recenzja” i „opinia” wymiennie.
Przechodząc do tematu właściwego. O czym „Metro” jest, każdy widzi i wie. Wydane w kilku wersjach. Zwłaszcza podobała mi się limitowana wersja w twardej oprawie, dostępna była jakiś czas temu w empiku, jednak 50 zł za każdą część było to trochę za dużo na moją kieszeń.

Jeżeli jestem przy wydaniu. Kupiłam to z 2015 roku, jak wyżej na obrazku i muszę przyznać, że jest to chyba najlepiej wydana książka w miękkiej okładce, jaką kiedykolwiek miałam w rękach. Ma to dla mnie ogromne znaczenie, ponieważ daje to +1000 do komfortu czytania. Giętka oprawa ( z tych „gumowanych” jak to nazywam), grzbiet nie łamie się i nie wygina, nawet podczas otwierania książki „na oścież” . Kiedy kładłam się na łóżku, mogłam swobodnie ją położyć i nawet troszeczkę się nie zamykała. Uwaga: POSIADA ILUSTRACJE. Świetne i klimatyczne. Co też trzeba zauważyć, sama książka jest po prostu duża. Widać, że wydawnicwo nie szczędziło na papierze i wartością wyższą był komfort czytelnika, a nie zaoszczędzenie złotówki na egzemplarzu.

Na końcu posiada ilustrację, która mnie po prostu powaliła pomysłem. Znajdziemy na niej samego Dmitryja z…Artemem i głównym bohaterem jego nowej powieści „Futu.re”, przy tym jest to obrazek tak realistyczny i fantastyczny zarazem, że mogę powiedzieć tylko : sztos i miazga.

Przejdę wreszcie do samej treści, przepraszam, że tyle się nagdakałam o wydaniu, ale się w nim po prostu zakochałam (żeby nie było, nie dostałam wcale tej książki od wydawnictwa, kupiłam za własne pieniądze, więc proszę nie posądzać o przejście na ciemną stronę mocy )! :D

Nie będę przytaczać opisu fabuły, tylko przejdę do moich wrażeń. Przede wszystkim, widać, że pisał to autor z Rosji. Od razu i na pierwszy rzut oka. Mają coś w swoim stylu tak charakterystycznego, że w mig można ich rozpoznać. Ciężko jednak mi powiedzieć co to jest, być może przez te bardzo rozbudowane i zagmatwane często zdania, nie wiem. W każdym razie „Metro 2033” to książka dziwna, ale i wspaniała. Głównie chodzi mi to, że pomimo stworzenia interesującej historii i przedstawienia Artema na pierwszym planie, to i tak najbardziej cała powieść skupia się na świecie przedstawionym. Człowiek ma takie odczucie, jakby ta właściwa akcja była tylko tłem dla przedstawienia postapokaliptycznej wizji świata, która niewątpliwie jest celem tej powieści. Tutaj jednak mamy do czynienia z powieścią mądrze napisaną i bardzo przemyślaną, choć powiem szczerze, oczekiwałam czegoś więcej. Myślałam, że będzie to bardziej krwawa wizja (wiem wiem, degenerat ze mnie) i zdecydowanie mnie fantastyczna. Czasami zalatywało mi to baśnią, mimo wszystko można do tego stylu się przyzwyczaić.

Smutna jest wizja Glukhovskiego. Ludzie mierzący się w ciągłych wojnach w końcu zabijają to, dla czego walczyli. Ziemia ma ich dosyć, atakuje ich promieniowaniem, które sami stworzyli, a dobitki chować się muszą pod ziemią, jak robactwo. Nie można nie zauważyć jak wielkim atakiem na system polityczny Rosji jest dzieło Dmitryja. Myślę, że można nazwać to współczesną wersją „Folwarku zwierzęcego”, tylko trochę inaczej przedstawionego. Oddaję honor autorowi, bo zrobił to po mistrzowsku i nawet mnie atakują setki myśli na ten temat. Czy w końcu konkurowanie Rosji z USA w tym, kto ma większą, lepszą i bardziej rozwiniętą technologicznie armię nie odbije się w końcu na nas wszystkich? Nie ma się co oszukiwać oczywiście, że tylko te dwie światowe potęgi przyczynią się do zagłady ludzkości, która i tak w końcu kiedyś nastąpi.

Wracając jednak do metra. Sieć tuneli, którą niegdyś pociągiem można było przebyć w godzinę ulega rozłamowi. Mimo, że to właśnie kłótnie i wojny doprowadziły do wybicia prawie całej ludzkości, to mieszkańcy metra nie trzymają się w kupie, nie pomagają sobie nawzajem, o nie. Tutaj walczy się o swoje przetrwanie, a walutą stają się naboje. Herbata? Ot trzy kulki. Płacisz za herbatę, a tak naprawdę zabijasz trójkę ludzi. Znajdujesz coś w promocji? Brawo dla Ciebie, oszczędziłeś kilka istnień.

Czytając tę powieść wchodzimy do świata czarnego jak noc, gdzie blask białej żarówki jest luksusem, podczas gdy zwykle przebywasz w czerwonawym świetle lamp awaryjnych.

Mamy również do czynienia z niezwykle skomplikowanym bohaterem, który z pozoru wydaje się chłopakiem prostolinijnym, wciąż marzącym o życiu na powierzchni. Jego życie zmienia się wraz z przyjęciem misji od Myśliwego, od której zależy życie wszystkich mieszkańców metra. Jednak czy na pewno znalezienie bazy rakietowej jest ich wybawieniem? Kiedy Artem pojmuje prawdziwy sens swojej misji, nadanej mu wiele lat wcześniej jest już za późno…Na co? Nie powiem ;).
Sięgając po tę pozycję myślałam, że będzie to coś lekkiego, na wieczór jeden lub dwa, podczas gdy czytałam ją ponad dwa tygodnie. Co chwila coś musiałam przemyśleć, a nieraz po prostu od niej odpocząć. Muszę przyznać, że autor korzystając  ze swojej szalonej wyobraźni stworzył piekielnie dobrą fabułę, ale i przesłanie głębokie jak dziura ozonowa. Skłania do licznych refleksji i uważam, że każdemu przydałaby się lektura takiej książki.

Tym razem nie podejmę się oceny. Nie umiem po prostu i myślę także, że nie powinnam tego robić. Mimo wszystko- polecam. Na pewno sięgnę po dwie następne części, ponieważ „po pierwsze primo”: to naprawdę dobra powieść, a „po drugie primo”- już dawno je kupiłam :D.
Ogólna ocena: ?….

„Znowu recenzja książki, która była popularna 5 lat temu?”- moja opinia na ten temat.

30 czerwca
Do tego posta zbierałam się już jakiś czas, lecz ciągle się wahałam czy aby na pewno powinnam go stworzyć. Czara goryczy jednak się przelała i mam do powiedzenia kilka słów hejterom goniącym za nowościami.

Jakiś czas temu przeczytałam pierwszy tom naprawdę popularnej trylogii, czyli „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet”. Muszę przyznać, że okazyjnie kupiłam cały pakiet już dobrze ponad rok temu, ale sobie elegancko stał na półce i czekał na swoją kolej. W końcu jednak złapałam za pierwszy tom, który nawiasem mówiąc bardzo mi się podobał, później napisałam o nim kilka słów na blogu. Niedługo później spotkałam się z opinią jakoby recenzja książki, która popularna była kilka lat temu jest bez sensu, że co?

Długo o tym myślałam, co autorka miałam na myśli i wiecie co? Nic nie wymyśliłam, po prostu taki tok myślenia trochę wykracza poza moją wyobraźnię.

Po pierwsze: dlaczego bez sensu? Moim zdaniem jest chyba jeszcze bardziej na miejscu, niż czytanie bestsellera kiedy jest na niego tzw. „szał”, który może lekko zaburzać nasze spojrzenie na daną pozycję. Przecież skoro 90% ludzi, którzy daną książkę przeczytali, są nią zachwyceni, a nam się nie podoba, to czy aby jest wszystko z nami w porządku? TAK. Każdy ma swój gust i jeżeli podoba nam się to, co wszystkim, wtedy możemy dopiero podejrzewać, że coś nie gra. Kiedy dana powieść nadal sieje zamęt w umysłach czytelników, nawet po kilku latach, wtedy naprawdę można przypuszczać, że autor stworzył dzieło trochę bardziej uniwersalne, niż większość, która zwykle po roku ulega zwykłemu „przeterminowaniu”.
Po dwa: kto powiedział, że trzeba czytać tylko nowości? To już w ogóle jest dla mnie szczyt imbecylizmu. Wyobraźmy sobie sytuację, gdzie ludzkość czyta wyłącznie świeżo wydane powieści i to najlepiej jeszcze przedpremierowo. Oczywiście dzięki blogerom, którzy recenzują tzw. świeżynki,  jesteśmy w stanie zaplanować sobie czytelnicze zakupy i wiemy (mniej więcej), co pojawiło się na rynku i na co warto zwrócić uwagę, a co bezsprzecznie omijać szerokim łukiem. Co z klasyką? Dla mnie jest to zwłaszcza Fiodor Dostojewski i moja ukochana „Zbrodnia i kara” lub pozycja, którą nabyłam nie tak dawno, czyli „Portret Doriana Graya”  książka, która powstała w 1891 roku, a na którą od długiego czasu polowałam. Na marginesie dodam, że wciąż wydawana jest na nowo, ja posiadam w twardej oprawie, piękna jest po prostu.

Nie mówię, że sama nie nabywam nowości. Robię to jednak nie dlatego, że gonię za hmmm…można to nawet nazwać modą czytelniczą, tylko dlatego, że pozycja zwyczajnie mi się spodobała. Na mojej półce leży kilka takich „świeżynek”, które nabyłam niedługo po premierze, a które nadal nie doczekały się przeczytania. Po prostu nie przyszedł jeszcze na nie czas.

Czytam, na co mam ochotę. Właśnie to najwspanialsze jest w posiadaniu własnej biblioteczki. Podchodzę i zabieram to, co chcę i nie muszę mieć nawet żadnego powodu. Może to być jakieś czytadełko o wampirach, poważna opowieść o śmierci, komedia, która rozbawi mnie do łez, czy thriller, który wywoła we mnie takie napięcie, że nie będę mogła zasnąć.

Od zawsze wybierałam książki, które wpadły mi w oko, głównie ze względu na opis fabuły, nie ukrywam, że lubię także sprawdzać opinie o danej pozycji na portalu lubimy czytać. Kilka razy również się zdarzyło, że kupiłam daną powieść ze względu na ten cały szum, który wokół niej zrobiono po to, by zobaczyć dlaczego świat tak oszalał na jej punkcie.

Domyślam się, ze cały ten boom na punkcie nowo wydawanych książek wśród blogerów powoduje współpraca z wydawnictwami. Wiadomo, książki za darmo i tak dalej. Ja również właśnie zaczynam współpracę (huraaaaaa, nareszcie, bardzo się cieszę), jednak uważnie wybieram książki, które chciałabym przeczytać i nie biorę wszystkiego co popadnie, i prędzej rzucę się z dachu niż przestanę czytać powieści, które były wydane dawniej niż dwa miesiące wcześniej.

Oczywiście nikogo nie krytykuję i jeżeli ktoś czyta i recenzuje wyłącznie nowo wydane pozycje, super. Jednak nie cierpię hejterów, którzy myślą, że wszystko robią najlepiej i sądzą, że reszta powinna się dostosować do jego upodobań i opinii.

„Przeklęty dom” i „Bal umarłych dziewczyn” – Rachel Caine

30 czerwca


15,16/2016

Tytuł oryginalny:„Glass Houses”, „The dead girl’s dance”
Wydawnictwo: Amber
Cykl: Wampiry z Morganville (tom 1 i 2)
Kategoria: fantastyka/fantasy/science fiction
Liczba stron: 264/264
Cena okładkowa: 27,80/ 27,80 zł

No i kolejna seria o wampirach. Tym razem na tapecie „Wampiry z Morganville”, bardzo popularny cykl, a jego pierwsza część wydana została w roku 2009, czyli przy okazji wielkiego krwiopijczego boomu.
O dziwo o tej serii nie słyszałam zbyt wiele. Kupiłam jednak na jakiejś ogromnej promocji od razu dwa pierwsze tomy. Wydane trochę dziwnie, bo w dwóch wersjach. Można nabyć te części w postaci jednej książki lub oddzielnie, jak zostało to przedstawione na zdjęciu u góry.

Zaskoczona byłam bardzo dobrą średnią ocen na lubimyczytać (mam nadzieję, że nie oskarży się mnie tutaj o jakąś kryptoreklamę, po prostu jest to chyba największy portal z opiniami o książkach, który jest ogromną kopalnią wiedzy na ich temat), mianowicie prawie 7,4 i sporo ocen. Mówię: no będzie szał.
Byłam o tym przekonana aż do…rozpoczęcia czytania.

Niestety od czasu nieszczęsnego Grey’a, pisanego z jego perspektywy nie miałam w rękach nic tak słabego. Może nie było to jakąś grafomanią, pisane hmmm…w porządku, chyba tylko tyle mogę powiedzieć na ten temat. Czasem jednak styl autorki bardzo mnie denerwował, głównie ze względu na liczne trzykropki, które pojawiały się często praktycznie co drugie zdanie i to w miejscach, w których one absolutnie niepasowały. Niby miały kreaować atmosferę napięcia a czyniły dany fragment jakimś takim patetycznym i żenującym jednocześnie.

Pomysł był dosyć dobry, tego nie można odmówić, nareszcie ktoś odszedł od tak utartej konwencji człowieka zakochującego się w wampirze. Tutaj wysysacze są przerażającymi istotami, przed którymi trzeba zmiatać, gdzie pieprz rośnie. Panują nad miastem a ludzie są swoistymi niewolnikami.

Claire, główna bohaterka (czy naprawdę bohaterki młodzieżówek nie mogą być starsze niż 16-17 lat?), jest hiper geniuszem i zaczyna studia dwa lata wcześniej niż jej rówieśnicy. No właśnie. W książce ciągle jest podkreślana bystrość Claire i intelekt, i ochy, i achy generalnie, a tak naprawdę wydawała mi się dość…tępa. Jakiegokolwiek przejawu kreatywności czy sprytu szukałam przez całą powieść, no i się niestety zawiodłam. Przez pięćset stron musiałam użerać się z lekko przygłupawą bohaterką, rzucającą się w ramiona śmierci, by pomóc swoim przyjaciołom. Mogłabym oczywiście to zrozumieć, gdyby wcześniej ułożyła sobie jakiś plan, czy cokolwiek, a ona ślepo biegła do żądnych zemsty wampirów, żeby z nimi porozmawiać, a na dobrą sprawę nawet nie wiedziała o czym. No szczyt głupoty po prostu.

Bohaterowie generalnie byli jacyś tacy, nie wiem jak to ładnie ująć, do głowy przychodzi mi tylko pojęcie: „rozlaźli” (aż musiałam sprawdzić czy istnieje takie słowo, ale tak!). Jedynie Eve była jakimś promyczkiem nadziei, że wreszcie natrafiłam podczas tej nudnej lektury na kogoś z charakterem. Oczywiście później autorka zrzuciła ją na dalszy plan i tyle było z nadziei. Podczas gdy historia jej molestowanego przez wampira brata mogła być naprawdę świetna, ale oczywiście jak zwykle, żarło, żarło i zdechło.

W książce jest dość dużo bohaterów i niby dzieje się dużo, ale autorka według mnie nie ma daru opowiadania, ponieważ opis jakiejś sytuacji, w której nic się nie działo, albo rozmowy z której nic nie wynikało przeciągał się w nieskończoność, podczas gdy w końcu został podjęty ciekawy wątek, to został opisany na pół strony i koniec. Irytował mnie też fakt, że problemy, które bohaterowie przez 50 stron próbowali rozwiązać zostały rozstrzygnięte w dwóch zdaniach i w zasadzie ciężko było zrozumieć jakim cudem się to stało.

Naprawdę dobry pomysł z przedstawieniem ducha. Nie będę tu mówić co i jak, bo jeżeli nie czytaliście, a będziecie chcieli, to zepsuję wam ten jeden z nielicznych interesujących wątków.

Generalnie przez całość…przebrnęłam. Jeden plus, że nie czytało się opornie, gładko raczej przez nią przeleciałam, ale podejrzewam, że za tydzień juz nic nie będę z nich pamiętać. Dzięki Bogu, że mózg wyrzuca z naszej głowy wszystko, co jest nam zbędne, bo niestety te książki takie są, przynajmniej dla mnie.
Muszę jednak przyznać, że pierwsza część była zdecydowanie lepsza. Szkoda, że muszę tak skrytykować, ale spodziewałam się po prostu szału a dostałam jedno wielkie nic. Denerwują mnie takie książki przeciętne jak programy wyborcze, kiedy po coś sięgam, chcę żeby było „jakieś”.

Ogólna ocena: „Przeklęty dom” (Boże, ten przekład)- 4,5/10
„Bal umarłych dziewczyn”- 3/10

Book haul- maj 2016

30 czerwca
Wybaczcie za moją tygodniową nieobecność, ale dopiero wczoraj wróciłam z wycieczki do Włoch, polecam wszystkim, świetna sprawa, ciepełko, niezwykle mili ludzie, ale drogo, że jestem kompletnie spłukana. Dlatego też już dziś, mimo, że zostały jeszcze trzy dni do końca miesiąca, zamieszczam majowy book haul. Na pewno już nic nie kupię, przynajmniej do wypłaty ;).

Dodam wam jeszcze zdjęcie widoczków, jakie mnie otaczały kiedy oddawałam się jednemu z moich ulubionych zajęć <3.


 Przechodząc do meritum, nie przedstawię wam dzisiaj mojego „stosiku”, ponieważ tym razem…zebrała się cała półka. Jak popatrzyłam na nie to stwierdziłam, że w tym miesiącu mnie z lekka porypało. Muszę się jednak z tym pogodzić, a wy mam nadzieję, że już do tego przywykliście. Tak więc, to moje nowe nabytki, niektóre z nich widzieliście już w poprzednich w postach, a niektóre zobaczycie po raz pierwszy :)













Trochę kulawo wyszło, bo miało być w poziomie, ale się nie zmieściło w jednym ciągu i musiałam podzielić to zdjęcie na dwie części, mimo wszystko mam nadzieję, że wszystko dobrze widać :D

Trochę tego wyszło, nawet trochę dużo :D. A wy jak dużo książek kupiliście/dostaliście w maju?

„Pani Noc” – Cassandra Clare

30 czerwca
14/2016

Tytuł oryginalny:„Lady Midnight”
Wydawnictwo: MAG
Cykl: Mroczne intrygi (tom 1.)
Kategoria: fantastyka/fantasy/science fiction
Liczba stron: 826
Cena okładkowa: 49,00 zł

Nastał czas na recenzję wydanej 30 marca tego roku powieść fantasy „Pani Noc”, uwielbianej na całym świecie Cassandry Clare. Przyznam, że to moja pierwsza styczność z tą autorką, nie licząć pięćdziesięciu stron pierwszej części cyklu „Dary Anioła”, przerwanej z powodu dostawy kolejnych książek, które „musiałam” zacząć od razu :D
Książki tej nie kupiłam, ale dostałam na urodziny od mojej najlepszej koleżanki (trochę wazelinki Aneto, gdybyś czytała ;)), za co dziękuję, tym bardziej, że pokochałam tę pozycję. W każdym razie prezent bardzo udany, no troszeczkę może podpowiedziałam, co chcę, ale nieważne :D


Co skłoniło mnie do „zażyczenia” sobie tej książki (HA HA, chociaż raz nie kupiłam sama)? Głupio się przyznać, ale…okładka. Jest przepiękna. Zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Ciężko oderwać wzrok, ponieważ cały projekt jest niesamowicie dopracowany, intensywność tych barw i jednoczesna głębia, osiagnięta za pomocą gry świateł po prostu wymiata. W zasadzie dopiero w połowie książki zorientowałam się, że jest to główna bohaterka, jednak gdyby nie miecz, wątpie czy w ogóle bym na to wpadła xD. No cóż, ostatnio nie jestem zbyt spostrzegawcza. Tytuł widać wyraźnie, jednak nie napada na nas już z odległości trzech metrów, nawet nazwisko autorki wypisane bądź co bądź odznaczającą się barwą wcale nie przeszkadza, a wręcz podkreśla klimat owego dzieła (bo inaczej ciężko to nazwać) w tle, ze względu na wybór genialnej czcionki. Dobra, wystarczy o tej okładce, sami widzicie, że oszalałam na jej punkcie. Może jeszcze jedno zdanie na temat wydania książki- jest trochę zbyt hmm..”rozlazłe”? Chodzi mi o to, że trochę się rozjeżdża w trakcie czytania i cały czas musiałam uważać, żeby nie złamać grzbietu tej ośmiuset stronicowej kostce brukowej, ale gdyby nie ten szczegół czytałoby się bardzo wygodnie. Jest może jeden jeszcze minus: cena, okładkowa wynosi 49 zł, trochę boli…

Sam tytuł również jest świetny, chociaż angielski „Lady Midnight” powala mnie jeszcze bardziej, a w książce czasem odmiana polskiego „Pani Noc” lekko kulała.

Wreszcie przechodząc do meritum. Główną bohaterką jest Emma Castairs, Nocna Łowczyni, tutaj ma już (?) 17 lat i jej głównym celem jest znalezienie zabójcy jej rodziców. Uznaje się, że sprawcą ich śmierci jest Sebastian Morgernstern (za cholerę nie wiem, czy dobrze to napisałam), ale ona w to nie wierzy i poszukuje prawdziwego mordercy (wiem, że z punktu widzenia prawa karnego, morderstwo nie jest właściwą nazwą, ale dla celów tej recenzji przyjmijmy, że jest ok) na własną rękę. No i oczywiście towarzyszymy jej podczas wszystkich przygód. Nie jest jednak prosto i zostaje wtajemniczona w zagadkę kilku morderstw, którą musi rozwiązać, a wtedy brat jej parabatai wróci do swojej rodziny już na zawsze, jeżeli będzie chciał oczywiście. Problem tkwi jednak w tym, że cała akcja jest niezgodna z prawem i Clave (coś na kształt rządu) nie może się o tym dowiedzieć. Tak zaczyna się niezły cyrk. A propo parabatai w świecie Nocnych Łowców, jest to osoba najbliżej związana z drugą, za pomocą specjalnej przysięgi i zaklęcia, dzięki temu tych dwóch Nefilim są o wiele silniejsi i potrafią dokonać rzeczy, których w normalnych okolicznościach w pojedynkę by nie dokonali.

Przez pierwsze pięćdziesiąt stron trochę się nudziłam i musiałam się zmuszać, żeby brnąć dalej. Jednak później ciężko było mi się oderwać od lektury. Dosłownie wniknęłam w świat Nocnych Łowców, Przyziemnych, Podziemnych, fearie, wampirów (spokojnie, było jedynie kilka wzmianek na ich temat), czarowników, mieszanców i Bóg wie jeszcze czego. Na początku czułam lekkie zmieszanie, bo ciężko było mi się zorientować kto jest kim, co jak działa i te wszystkie nazwy…parabatai, Nefilim, fearie, Clave, jednak z czasem było dużo lepiej i wiedziałam kto do czego należy i kto kim rządzi. Zazwyczaj nie czytam tak rozbudowanych fantasy, ale tę powieść po prostu pokochałam.

Oczywiście znajdziemy tu także wątek sercowy. Emma ma problem, ponieważ Julian, jej parabatai zaczyna być dla niej kimś więcej, tylko kim? Nie może jednak ujawnić swych uczuć, ani pozwolić im się rozwijać, ponieważ miłość w sensie eros między parabatai jest zabroniona i surowo karana przez władze.
Trzeba przyznać, że może wątek detektywistyczny nie jest tu jakimś mistrzostwem, ale od tego typu literatury raczej się tego nie oczekuje.

Za to możemy porzucić wszystkie ograniczenia i puścić wodze fantazji, ponieważ powieść ma tyle wątków a świat jest tak rozbudowany, że sami możemy sobie dopowiadać wiele rzeczy. Możemy razem z Markiem ruszyć na Dzikie Polowanie, mknąć pod niebem na wierzchowcu i wreszcie poczuć się wolnymi. Możemy tu poznać niczym niezmącone uczucie, które nie zna żadnych barier, ani społecznych, ani nawet płciowych. Świetnym wątkiem była miłość dwójki bohaterów, którzy byli…mężczyznami. Powaliło mnie podejście innych postaci do ich uczucia. Nieważne były konwenanse, nieważne zwyczajne, ważne było tylko to, że ta dwójka dzięki sobie przetrwała, że dzięki tej miłości mieli powód by żyć i przetrwać wszystkie chłosty i poniżenia. Motyw ujęty w tak genialny sposób, że czytelnik zastanawia się, dlaczego tak nie jest w realnym świecie i zostaje przekonany, że to nieważne, jacy ludzie się darzą jakimś uczuciem tylko jak bardzo. To mnie naprawdę wgniotło w fotel, ponieważ jest to pisane tak, jakby to było czymś najnormalniejszym na świecie i naprawdę owacje dla Pani Cassandry Clare zdecydowanie się należą.

Jak już wspomniałam świat tu przedstawiony jest naprawdę potężny i praktycznie nie ma granic, więc ciężko mi opisać wszystkie wątki przedstawione w tej powieści. Jedno co mi się nie podobało, że w zasadzie gdzieś w połowie książki dopiero się dowiedziałam czym właściwie ci Nocni Łowcy się zajmują, zapewne dla kogoś, kto czytał już poprzednie książki tej autorki nie byłoby nic niejasnego, tak dla mnie było to wielką zagadką. Myślę jednak, że na tym minusy tej pozycji się kończą.

Muszę przyznać, że koniec (otwarty, więc spokojnie) bardzo mnie zirytował. Pod tym względem, że jakieś ostatnie pięć stron zaoferowało nam nowy wątek, który mnie tak zaciekawił, że aż się zagotowałam, gdy za dosłownie dwie, trzy kartki skończyła mi się książka…Teraz będę znosić przysłowiowe „jajko” w oczekiwaniu na następną część. CASSANDRO CLARE! Jeśli to czytasz, wiedz: nienawidzę Cię i kocham Cię za to zakończenie. W każdym razie po drugi tom na milion procent sięgnę.

Ogólna ocena: 9,5/10.

Majowy stosik :)

30 czerwca
Witam gorąco po raz kolejny :). Mam ogromne wyrzuty sumienia. Ostatnio popełniłam „recenzję” wspaniałej książki Stiega Larssona, którą napisałam szczerze mówiąc „na kolanie”. Szybko, nie zważając na styl i słownictwo. Patrząc na nią chłodnym okiem śmiało mogę stwierdzić, że jest niezwykle chaotyczna i nieskładna. Bardzo za to was wszystkich przepraszam, nie będę się już jednak bić w pierś i zamiast tego po prostu wezmę się w garść.

Dziś chcę wam przedstawić zawartość paczuchy, którą wreszcie dziś odebrałam z kiosku. Może powiem kilka słów o dostawie do kiosku ruchu, bo wiem, że wielu z was ma jeszcze wątpliwości co do tej formy przesyłki. Największym plusem takiej dostawy jest przede wszystkim cena, która najczęściej wynosi około 4 złotych. Przeważnie księgarnie nie ustalają limitu sztuk, które mogą znaleźć się w jednej paczce, co jest dodatkowym pozytywem oczywiście, bo niezależnie od ilości kupionych książek koszt dostawy nie wzrasta. Osobiście czuję ogromny ból, kiedy za przesyłkę muszę zapłacić 8-10 złotych, a już wolę nie myśleć nawet o sumach większych. Pod tym względem żydzę niemiłosiernie :). Wiem, że to trochę kolokwialnie ujmując nienormalne, ponieważ gdy robi się zamówienie za powiedzmy 200-250 zł, a zastanawia czy aby 8 zł dodatkowo to nie za wielki wydatek, no to cóż ;). W każdym razie ja tak mam i trudno.

Wróćmy jednak do kiosków. Sam czas dostawy jest niestety nieco dłuższy, ponieważ wynosi około 2-4 dni (ten zestaw, który za chwilę wam zaprezentuję, zakupiłam w księgarni internetowej nieprzeczytane.pl, która na swojej stronie zawarła informację, że czas dostawy przy tej formie wynosi dokładnie 2 dni i właśnie po dwóch dniach moja paczuszka czekała już na odbiór). Kolejnym plusem jest samo odebranie. Może to zrobić ktokolwiek z naszych znajomych czy rodziny, wystarczy, że przekażemy mu specjalny kod i już. Żadnych problemów na poczcie, gdy po paczkę przyjdzie szwagier i przede wszystkim brak kolejek. Bardzo lubię tę formę dostawy, bo bardzo upraszcza mi życie i nie tracę nerwów na wysłuchiwanie niemiłych pań.

Przechodząc do meritum, oto zawartość mojej dzisiejszej (w zasadzie urodzinowej) paczuchy, którą sama sobie sprezentowałam:


 
Dosłownie kilka słówek na temat tego, co zachęciło mnie do kupna każdej z tych pozycji. Tak więc „Lęk pierwotny” jest drugą częścią cyklu o agencie specjalnym Pender?/Penderze?, nie mam pojęcia jak i czy w ogóle to nazwisko się odmienia. W każdym razie pierwszy tom to „Dziewczyny, których pożądał”, czyli thriller psychologiczny, który wywarł na mnie kolosalne wrażenie, recenzję znajdziecie na moim blogu. Kiedy tylko dowiedziałam się, że powstała druga część i to uwaga: wydana rok temu w moje urodziny nie potrzebowałam już kolejnego argumentu, by kupić tę książkę ;).

„Uwikłani”- tym razem „Obsesja”, pierwszą część przeczytałam (recenzja również się tu pojawiła), jak na książkę z gatunku literatury kobiecej/erotycznej nawet mi się podobała, więc dlaczego nie?

O „Playlist for the dead” słyszałam wiele bardzo pochlebnych opinii. Po przeczytaniu opisu fabuły stwierdziłam, że może być naprawdę wciągająca i oryginalna, a to coś, co uwielbiam w książkach.

„Kokainy” Barbary Rosiek nie muszę nikomu przedstawiać. Kobieta po przejściach wszystkie swoje przeżycia i wspomnienia zawarła w później wydanych pamiętnikach. Do tej pory przeczytałam „Pamiętnik narkomanki” i było to jeszcze w gimnazjum, więc bardzo chętnie po raz kolejny wniknę do świata narkomanów, prostytucji i przemocy. Zaszokowała mnie grubość tej „książeczki”, liczy niecałe 100 stron i przy reszcie wygląda dosyć mizernie, ale przecież liczy się jakość :).

„Ani żadnej rzeczy” to thriller, który łączy w sobie wątki detektywistyczne, kryminalne i uwaga: religijne, czyli coś, co uwielbiam. Myślę, że będzie to coś na kształt powieści Dana Browna, którego szczerze mówiąc kocham i mam jego wszystko książki w domu. Dodatkowo dzieło S.M. Borowiecky ma świetną okładkę.
„Podzieleni”, to kolejna antyutopia na kształt „Igrzysk…”, jednak ostatnio bardzo wkręciłam się w takie klimaty i to zamówienie zrobiłam głównie dla tej pozycji.

„Farma” to kolejny thriller psychologiczny, a „Wioska morderców” jest powieścią, w której tajemnica goni kolejną. „Signum Sanguinem. Mrok” (oszalałam na punkcie tego tytułu, niesamowicie dźwięczne zestawienie wyrazów” działa na bardzo podobnej zasadzie, a niedopowiedzenia w książkach pociągają mnie najbardziej.

Jestem przeszczęśliwa po prostu, że w końcu mam je wszystkie w domu i teraz pozostaje jak najszybciej przeczytać „Panią noc” i brać się za kolejne. Po raz pierwszy dotarło do mnie kilka tak cieniutkich książek (100-200 stron), ale muszę przyznać, że jest to niezwykle miła odmiana. Jak już wspomniałam wszystkie pozycje kupiłam w księgarni internetowej nieprzeczytane.pl i jeżeli ktoś jest ciekawy wydałam na nie, moim zdaniem wcale nie tak dużo jak mogłabym np. w empiku, łącznie z wysyłką uczyniło mnie to 206 zł :).

Mam nadzieję, że którąś z tych pozycji wrzucicie do swojej listy książek do kupienia:), a może któreś już czytaliście?

„Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet”- Stieg Larsson

30 czerwca
13/2016

Tytuł oryginalny:”Män som hatar kvinnor”
(O Boże, jak to wymówić w ogóle)
Wydawnictwo: Czarna Owca
Cykl: Millenium (tom 1.)
Kategoria: sensacja/kryminał
Liczba stron: 640
Cena okładkowa: 39,90 zł

No nareszcie napiszę tę recenzję. Tak dużo czasu już minęło od przeczytania przeze mnie tej książki. Zaczęłam ją już pod koniec marca i tak leży od miesiąca i czeka na moją opinię.
Muszę przyznać, że to jeden z lepszych kryminałów, jakie czytałam. Świetny styl i po prostu genialnie ułożona akcja. Wszystko przemyślane, żadnych przypadków, od początku do końca widać kolosalną pracę nad utworzeniem tej powieści. Jednak może z lekka nakreślę o czym w ogóle jest ta książka
No więc główny bohater Mikael Blomkvist (kocham skandynawów za te ich nazwy własne, chociaż o dziwo w tej powieści nie dręczyły mnie aż tak bardzo) jest dziennikarzem, obsmarowuje w swojej gazecie wielką szyche, lecz nie ma na nic dowodów, tak więc zostaje skazany za zniesławienie i wisi nad nim wyrok trzech miesięcy pozbawienia wolności. W międzyczasie dostaje propozycję pracy u mega potężnego finansisty Henrika Vangera aby spisał kronikę jego rodziny. Jest to jedynie pretekst, ponieważ głównym zadaniem Mikaela staje się zbadanie tajemniczego zniknięcia jedynej osoby, którą sędziwy Vanger kochał i uwielbiał nad życie. Jest jeden problem, dziewczyna ta zniknęła kilkanaście lat wcześniej i zrobiono już chyba wszystko, by ją odnaleźć. Na drodze dziennikarza staje dodatkowy problem. Lisbeth Salander, z wyglądu ekstremalnie wytatuowana 12-latka, która wręcz emanuje swoją aspołecznością. Okazuje się jednak wybitną researcherką i na pewno może pomóc w rozwiązaniu tej zagadki.

To w tych kilku słowach mogę „zapowiedzieć” w niejaki sposób tę powieść. Myślę jednak, że praktycznie każdy powinien ją przeczytać. Muszę przyznać, że pierwsze jakieś 80 stron ciągnęły się jak flaki z olejem i kilka razy miałam ochotę wyrzucić ją przez okno, ale mówię, kurde, droga była i kupiłam całą trylogię- przemęczę się. To była jedna z lepszych podjętych decyzji przeze mnie w ostatnim czasie.
Bardzo polubiłam Lisbeth, aspołeczną, asocjalną młodą kobietę (nie, nie ma 12 lat) z mocnym charakterem, która nie żali się nad każdą głupotą tylko wytrwale brnie do celu. Kobietę, która zemstę ceni ponad wszelkie odruchy. Zaczeka, ułoży plan i ktoś, kto ją zranił nigdy już tego nie zrobi. Jest naprawdę świetna. Jest również naprawdę „dziwna”, nie mogę inaczej tego ująć. Jej specyficzne zachowanie ją samą chyba zaskakuje. Mimo wszystkich przeciwności i problemów, jakie niesie jej życie staje się babą z jajami i geniuszem w swoim fachu. Osoby lubujące się w nowinkach technicznych również na pewno ją polubią J.
Główny bohater jest postacią trochę mniej (na szczęście) skomplikowaną. Jednak jego związek z Eriką był w ogóle z kosmosu. Mężatka wciąż pędząca od jednego faceta- męża, do drugiego-kochanka i żaden nie ma nic przeciwko. Leży to trochę poza granicą mojej wyobraźni, jako że sama mam faceta i nie mogę i nie mam najmniejszego zamiaru sobie tego wyobrażać w jakiejkolwiek kombinacji. Mimo to bohater dość sympatyczny i błyskotliwy (choć nie tak samo jak sama Lisbeth).

Konstrukcja całej intrygi i tajemniczej historii jest strzałem w dziesiątkę. Kilka razy typowałam już najróżniejsze rozwiązania, niestety (chociaż w zasadzie jest to plusem) nie zgadłam. Miałam jednak rację co do jednego z bohaterów, że jest niezłym ch…chochlikiem był no, i to taki mój mały sukces :D.
Jak to oczywiście mają w naturze skandynawowie, wprowadzają nas w kulturę zupełnie innego kraju, kultury, czytając ich dzieła można się czuć tak, jakby się było w innym świecie. Nie wiem czy robią to specjalnie, czy rzeczywiście to taki trochę „inny świat”.

Generalnie polecam książkę, pod rekomendacją podpisuję się rękami, nogami, głową i czym tam się jeszcze da. Ogólna ocena w swoim gatunku: 9/10 (ze względu na kilka zbyt rozwlekłych opisów).

Book haul i podsumowanie kwietnia 2016

30 czerwca
Witam na kolejnym podsumowaniu poprzedniego miesiąca :D

Wiem, że jest już szóstego maja, jednak wciąż czekałam na opóźnioną przesyłkę, która MIAŁA dotrzeć do mnie dzisiaj -.-. Oczywiście się dziś dowiedziałam, że nie przyjdzie, więc będę musiała czekać znów cały weekend i jeszcze ze 2-3 dni. Porażka. Tragedia. Parodia i paranoja. Tak więc book haul utworzę na podstawie tego, co do tej pory kupiłam w kwietniu (a i jeszcze jedną dostałam!) Tak więc zapraszam do obejrzenia moich nowych nabytków. Tak bardzo żałuję, że te najnowsze jeszcze nie doszły :( Mam tam takie cudeńko jak np. „Podzieleni”- myślę, że będzie to świetna antyutopia, ale więcej zdradzać nie będę. Zobaczycie na koniec maja/początek czerwca.


Tak więc od góry: „Policja” Jo Nesbo, to już moja druga książka tego autora, aczkolwiek jeszcze żadnej nie czytałam :). Podobno wszystkie jego dzieła są świetne i z tego, co się orientowałam na pewno w moim klimacie. Niżej widzimy pierwszą część cyklu „Mroczne umysły”, podobno genialna, na lubimyczytać ma ocenę prawie 8, więc wychodzi na to, że praktycznie wszystkim się podoba, spotkałam się z opiniami, że trzyma w napięciu podobnie do „Igrzysk śmierci”, które wręcz kocham. Na razie leży i czeka na swoją kolej.

„Dziewczyny, które zabiły Cloe” to kolejna zakupiona przeze mnie w kwietniu pozycja. Jedno słowo: NARESZCIE. Tyle czekałam, by ją mieć i w końcu mam. Chodziła za mną gdzieś z pół roku, wszędzie ją widziałam i wszyscy ją zachwalali. „Trumna”, której recenzja pojawiła się ostatnio na moim blogu. Jeżeli jej jeszcze nie czytaliście to zachęcam i do zapoznania się z opinią i z książką. Trzyma ” za jaja” do ostatniej strony.

„After”, czyli książka kupiona dlatego, że „skoro wszyscy to ja też”. Chcę się przekonać czym ludzie się tak zachwycają i mam nadzieję, że będzie dobra, bo tania nie była. „Miasto kości”, czyli pierwsza część „Darów anioła”, no właśnie, przeczytałam 50 stron i rzeczywiście mi się dosyć podobało, ale jakoś tak zostawiłam i zaczęłam czytać „Pani noc” również Cassandry Clare.

„Obsydian”, czyli pierwsza część kolejnego cyklu (za cholerę nie pamiętam jakiego), bardzo dobra książka, którą już przeczytałam i której recenzję również tutaj znajdziecie :).

PIERWSZY MÓJ POLSKI THRILLER MEDYCZNY.
Uwielbiam Tess Gerritsen, e tam uwielbiam, kocham ją. Robin Cook i cała zgraja innych świetnych autorów, kiedy tylko znalazłam książkę Błażeja Przygodzkiego wiele się nie zastanawiałam. „Marsjanin”- czyli film, który uwielbiam, więc nadszedł czas na książkę. Tak na marginesie to tego biednego Matta Damona wiecznie trzeba ściągać z tego kosmosu :D

Kolejna część cyklu „Osiemdziesiąt dni…”- kupiona, bo tanio.

„Portet Doriana Gray’a”- czyli jedynego akceptowalnego w społeczeństwie Szarego. Długo czekałam by kupić tę książkę i wreszcie mam. Byłam niesamowicie zaskoczona takim wspaniałym wydaniem. Twarda oprawa, a kiedy zdejmiemy obwolutę dalej mamy do czynienia z kolorową okładką, a nie jak przy niektórych tylko obwoluta zadrukowana, a gdy ją zdejmiemy mamy do czynienia z jakąś czarną czy czerwoną okładką. Tutaj jest piękna. Grzbiet złotawy. Książka jest bardzo stara, z końca XVIII wieku, ale podobno bardzo uniwersalna. Wielu z was na pewno kojarzy film, w którym grał Ben Barnes (gościu, który grał Księcia Caspiana w „Opowieściach z Narni”), samej ekranizacji nie widziałam, ale słyszałam, że jest bardzo dobra.

Dalej widzimy pierwszą część cyklu „Uwikłani” i tu nie będę się rozpisywać, ponieważ recenzję znajdziecie na blogu (kurde, dużo ze świeżo kupionych już przeczytałam), zdradzę tylko, że druga część już do mnie idzie ;).

Przedostatnią kupioną przeze mnie pozycją jest pierwsza część trylogii „Niezgodna” i opinię podobnie znajdziecie u mnie :).

Ostatnia jest pierwsza część serii „Gone- zniknęli”, zaczęłam i zdechło. Miałam wiele innych bardziej interesujących pozycji i to na razie zostało i czeka na swój czas.

EXTRA: Tutaj mam jeszcze książkę, którą dostałam na urodziny :D Ukochaną i niezwykle „chcianą” przeze mnie :D. Jestem w trakcie czytania i stwierdzam jedno: ogromny klocek.



To niestety tyle, chociaż myślę, że to i tak od cholery za przeproszeniem :D.

PODSUMOWANIE:
Przeczytane przeze mnie książki w kwietniu:
  1. „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” Stieg Larsson (recenzji nie ma jeszcze, ale mam nadzieję, że niedługo się pojawi) 640 stron
  2. „Patologie społeczne” Irena Pospiszyl (recenzji nie będzie ;)) 362 strony
  3. „Obsydian” Jeniifer L. Armentrout (recenzja tutaj) 442 strony
  4. „Uwikłani. Pokusa” Laurelin Paige (recenzja tutaj) 360 stron
  5. „Po drugiej stronie jaźni” Wulf Dorn (recenzja tutaj) 344 strony
  6. „Niezgodna” Veronica Roth (recenzja tutaj) 352 strony
To tyle jeżeli chodzi o moje czytelnicze wyczyny kwietniowe :D. Uważam, że to świetny wynik, biorąc pod uwagę, że pracuje na cały etat, studiuję i piszę licencjat :).

Razem przeczytałam równe 2500 stron! :D Co daje 83 strony dziennie :).

A jak wyglądają wasze czytelnicze wyczyny? Chwalcie się w komentarzach jakie ksiażki przeczytaliście, jakie kupiliście, jeżeli macie bloga to zostawiajcie linki, chętnie pooglądam wasze podsumowania i book haule :D.

„Trumna” – Arno Strobel

30 czerwca
12/2016

Tytuł oryginalny:”Der Sarg”
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Cykl: -
Kategoria: thriller psychologiczny
Liczba stron: 432
Cena okładkowa: 36,00 zł

Na początek kilka słów wstępu. Już drugiego maja a na blogu ani widu ani słychu po book haulu. Spowodowane jest to zwłoką w transporcie mojej kolejnej kwietniowej paczuszki , przybędzie dopiero w piątek i wtedy możecie oczekiwać takowego wpisu. Teraz czas na kolejną recenzję!

Kolejny thriller psychologiczny w kolekcji przeczytanych przeze mnie książek. Nigdy nie słyszałam o Arno Strobel’u (myślę, że to nazwisko się odmienia) ani o żadnej z jego książek.

Książkę „Trumna” mogę opisać dwoma słowami. MIAZGA i SZTOS.

Kiedy przeczytałam opis: „ Eva Rossbach pewnej nocy budzi się W TRUMNIE. Przerażona bezskutecznie próbuje się z niej wydostać. Nagle…znów jest we własnym łóżku, całe ciało ma obolałe, a na rękach i nogach widoczne są sińce i zadrapania. Czy to był tylko sen?

KOSZMAR POWRACA. Tymczasem policja z Kolonii znajduje zwłoki pogrzebanej żywcem kobiety. To przyrodnia siostra Evy (…).” Nie było bata i jedna kolokwialna myśl pojawiła mi się w głowie „Bierę”. No i wzięłam oczywiście, jak to ja i absolutnie tego nie żałuję.

Po raz kolejny mamy do czynienia z osobowością wieloraką. Kogo? Nie powiem, przeczytajcie sami.
W każdym razie od pierwszej strony historia bardzo mnie wciągnęła. Kiedy tylko otwieramy książkę i zaczynamy czytać, naszym oczom (takimi od wyobraźni ;)) ukazuje się obraz kobiety zamkniętej w trumnie. Jej przerażenie, zdezorientowanie i panika, to wszystko, co możemy sami odczuć. Wiele razy przy okazji tej lektury zastanawiałam się co ja bym zrobiła w takiej sytuacji i już wiem. Dostała zawału.
Świetnie skrojona fabuła, ciągłe niedopowiedzenia, które dają do myślenia, a które uwielbiam w takich powieściach. Ciągle coś nowego, ciągle nowe podejrzenia. W dodatku mamy tu wątek skrajnej przemocy wobec dzieci. To motyw, który przeraża chyba każdego, bo sami pamiętamy jak wyglądało nasze dzieciństwo. W większości przypadków było ono szczęśliwe i beztroskie. Wyobraźmy sobie jednak, że jesteśmy okropnie bici i są to pobicia, które prowadzą do wszelakich złamań, że jesteśmy molestowanii gwałceni w wieku 4-5 lat, czy zamykani w piwnicy na całe dnie, bez jedzenia, picia i toalety, albo w jeszcze gorszych miejscach… Jakie spustoszenia w naszym umyśle wywołałyby tak traumatyczne wydarzenia? Jedno jest pewne: ogromne. Jednak czy gorsze byłoby to, gdybyśmy o nich pamiętali i mieli świadomość tych wszystkich psychicznych zmian, których doznaliśmy, czy wprost przeciwnie- lepiej byłoby nie zdawać sobie z tego sprawy? Jedno i drugie rozwiązanie pociągnie za sobą multum konsekwencji.
Właśnie tego wszystkiego doświadczymy czytając ten psychothriller. Wgniata w fotel, łóżko, ziemię, czy gdziekolwiek tam rozwijacie się umysłowo.

Chcę też powiedzieć kilka słów o samym wydaniu książki. Jest, rzekłabym „nienachalne”.Mimo to jest to duży plus. Czarne, proste wydanie, z przyjemnymi połyskliwymi kropeczkami i wypukłym tekstem , na odwrocie też. Na ostatniej stronie przedstawione zostały trzy inne propozycje tego autora. W tym momencie dostrzegłam jak piękne jest to wydanie, kiedy posiadamy kilka tego typu książek, to wyglądają one po prostu świetnie.

Myślę, że to tyle na temat tej książki. Bardzo mi się podobała. Świetny pomysł z trumną. Jestem również w posiadaniu powieści „Zabójczy żart” Petera Jamesa, której motyw jest podobny, a za którą nieźle się nalatałam. Gościu ma swój wieczór kawalerski i przyjaciele robią mu „żart”, usypiają go i zakopują w trumnie, zostawiając coś do jedzenia, picia i świeszczyka. Niestety cała banda chwilę później ginie w wypadku samochodowym i jest lipa. O gościu nikt nic nie wie, tym bardziej gdzie ci geniusze go zakopali.
Zaczyna się wyścig z czasem i ruszają poszukiwania. Coś czuję, że będzie świetnie podczas czytania, może ktoś z was czytał jeszcze jakąś pozycję z podobnym motywem?

O boże, zapomniałam. Ogólna ocena: 8,5/10.

„Niezgodna” – Veronica Roth

30 czerwca
11/2016

Tytuł oryginalny:”Divergent”
Wydawnictwo: Amber
Cykl: Niezgodna (tom 1.)
Kategoria: fantastyka/fantasy/science fiction
Liczba stron: 352
Cena okładkowa: 37,80 zł

Nadszedł czas na ostatnio zapowiadaną „Niezgodną”. Książka wydana w 2012 r., a w Polsce rok później. Jak widać z nowościami czytelniczymi jestem sto lat za murzynami. Jakoś jednak muszę się przekonać do każdego kupna, zanim się zdecyduję, a związane jest to też oczywiście z ceną, im starsza książka, tym tańsza, wiadomo J. Aczkolwiek bywa, że daną powieść trzeba po prostu nagłośnić a chwilę trwa, zanim ten szaszor do mnie dotrze.

Książka, która „podobno (!)” bardzo w klimacie „Igrzysk śmierci”, wielki hicior generalnie. No właśnie. Moim zdaniem niekoniecznie. Rzeczywiście, przeczytałam to ekstremalnie szybko, bo zaczęłam po południu a skończyłam wieczorem. No i to jest właśnie chyba największy plus tej książki- czyta się migiem. Myślę, że gdybym czytała ją koło tygodnia, zanudziłabym się na śmierć i skończyłoby się na pomijaniu co drugiego zdania, byle dotrzeć do końca.

Fabuły myślę, że nie muszę tu przytaczać, bo zapewne każdy chociażby słyszał coś o tej historii, jeżeli nie w formie książki, to filmu. A propos filmu. O BOŻE. Miałam zamiar obejrzeć, ze względu na to, że kolejnych części czytać nie zamierzam raczej, więc stwierdziłam, że ekranizacja to dobry pomysł. No i jak tylko wklepałam tytuł filmu do wyszukiwarki, spojrzałam na aktorów odgrywających główne role. Właśnie tu jest ta tragedia. Główną 16-letnią bohaterkę gra aktorka mająca 24 lata, ale to jeszcze nic, w rolę „Cztery” (alias…nie, nie powiem kto, jakby ktoś nie czytał), który miał 18’stke na karku wcielił się dziad mający lat 31. No k**** mać, przegięcie. Czy już naprawdę nie ma dobrych MŁODYCH aktorów? Po co dojrzali ludzie mają grać nastolatków, skoro bardziej przekonujący byliby rówieśnicy bohaterów literackich, lub żeby chociaż dzieliła ich mała różnica wieku a nie 8 i o zgrozo 13 lat.

Dobra, zostawmy moje oburzenie i wróćmy do książki. Historia naprawdę „fajna”, niestety żadne inne określenie mi tu nie pasuje. Ten cały podział na różne frakcje, do których przydział wyznacza styl zachowania i przede wszystkim życia, to naprawdę świetny pomysł. Niestety przy czytaniu tej książki nie da się uniknąć porównań do „Igrzysk”, przy których przykro to powiedzieć, wypada dość blado. Dzieło P. Collins było dużo bardziej wiarygodne a tu mamy do czynienia z mimo wszystko bardziej fantastycznym światem. Wiem, że nie powinno się zestawiać w ten sposób, bo przecież nie da się po prostu napisać takiej powieści, która nikomu nie będzie absolutnie niczego przypominać. Jednak tutaj po prostu mi to trochę przeszkadzało, lub nie tyle przeszkadzało, co po prostu było powodem braku tego przysłowiowego „porwania”. Zwyczajnie mnie nie porwało. Aczkolwiek do przeczytania- jak najbardziej. Ciężko powiedzieć co byłoby, gdyby „Niezgodna” pojawiła się jako pierwsza. Jednak powstanie „Igrzysk” również dla wielu było tematem kontrowersyjnym. Zarzucono im ogromne podobieństwo do „Battle Royal”, pozycję, którą chciałam przeczytać, jednak okazało się, że nie została wydana w języku polskim, obejrzałam więc film :D. Krwawy i irytujący, aczkolwiek pomysł rzeczywiście dobry.

No i odeszłam jak zwykle od tematu. Jeżeli chodzi o bohaterów, to znajdziemy tu kosmiczną różnorodność. Jednak jedną z najciekawszych postaci wcale nie jest Tris, ale Cztery. Zdecydowanie. Nie dziwię się, że wyszedł czwarty tom, będący prequelem „Niezgodnej”, opowiadający właśnie o tym bohaterze.
Ooooo, zapomniałabym wspomnieć o samym wydaniu książki. Ja posiadam wersję w filmowej okładce. Jest straszna. Okropne wydanie po prostu. Papier cienki jak eh…powiem ładnie: papier toaletowy. Dramat. Okładka cienka, gniecie się i załamuje jak cholera. Ja załamałam się podobnie.

Myślę, że to tyle w temacie tak popularnej książki. Całość oceniam, o Boże, cholera wie, ciężko bardzo to ocenić, dobra, daję : 6,5/10. Ogólnie lekka i dosyć przyjemna.

„Po drugiej stronie jaźni” – Wulf Dorn

30 czerwca
10/2016

Tytuł oryginalny:”Trigger”
Wydawnictwo: Sonia Draga
Cykl: -
Kategoria: thriller/sensacja/kryminał
Liczba stron: 344
Cena okładkowa: 37,00 zł

Zrobiło mi się kombo.

W kolejce do zrecenzowania leżą jeszcze dwie powieści „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” a także „Niezgodna”, którą przeczytałam wczoraj, O DZIWO, w jeden wieczór, co rzadko mi się zdarza, ale czy to na pewno dlatego, że była ciekawa?…Hm…Zobaczycie niedługo ;).

Pierwsze moje spotkanie z Wulfem Dornem, kupiłam ją, może nie ze względu na opis fabuły, który mieści się na okładce, ponieważ brzmi on tak: „Tajemnicze zniknięcie pancjentki szpitala psychiatrycznego, dramatyczne poszukiwania i mrożący krew w żyłach finał- niepokojący thriller psychologiczny, który z hipnotyczną siłą wciąga czytelnika w czeluście ludzkiej psychiki”. Szczerze powiedziawszy mało przekonuje do tej powieści. Wspaniałej powieści. Hipnotyzującej. Zaskakującej. Zapierającej dech w piersiach, bo naprawdę taka jest, a zachęciły mnie do niej, wyłącznie pozytywne opinie innych. Tak bardzo jestem szczęśliwa, że zabrałam się za tę książkę, jest to naprawdę jedna z lepszych, jakie kiedykolwiek przeczytałam. Okładka również nie porywa, a szkoda, bo chciałoby się, aby jak najwięcej osób sięgnęło po tę książkę. Przekładu tytułu to już nawet nie skomentuję.

Warto kilka słów napisać o samym autorze. Wulf Dorn z zawodu ekonomista-handlowiec, który studiował również dziennikarstwo zaczął (nie wiadomo jak) pracę w klinice psychiatrycznej. Miał do czynienia z osobami z zaburzeniami psychicznymi a także osobami po traumatycznych przeżyciach. Powieść „Po drugiej stronie jaźni” jest jego debiutem, podobno sprzedano prawa do jej ekranizacji, jednak niestety nigdzie nie znalazłam informacji na temat tego, czy owy film został w ogóle nakręcony.

Główną bohaterką jest lekarz- psychiatra, do której na oddział trafia pobita i zastraszona pacjentka, która błaga Ellen, by jej pomogła. Jednak niedługo później po prostu znika bez śladu. Nikt nie widział przerażonej, brudnej kobiety, akta wyparowały. Jednak Ellen obiecała pomoc, więc nie może odpuścić i chce znaleźć kobietę za wszelką cenę. Policja zdaje się umywać ręce, a pracownicy szpitala traktują naszą bohaterkę z coraz większym przymrużeniem oka. Przecież nikt inny nie widział ofiary, tylko ona… Niedługo później zaczyna się wyścig z czasem, wystarczy jeden telefon od porywacza i ultimatum: albo zgadniesz kim jestem, albo zginiesz i Ty…i ona… Z kręgu podejrzanych nie można wykluczyć nikogo, nawet wieloletniego przyjaciela czy miłość życia…

Zaszczucie i psychiczne jazdy. W pewnym momencie zaczęłam podejrzewać, że to główna bohaterka ma schizofrenię. Hmm… Potem zmieniłam zdanie, to chyba ja jestem jakoś zaburzona. Ostatniecznie zdecydowałam, że to autor ma nie pokolei w głowie, skoro jest w stanie wymyślić taką historię :D. Mistrzostwo. Podróż do głębin ludzkiej psychiki. Medyczne opisy, które uwielbiam i chiałabym ich jeszcze, i jeszcze więcej. Główny motyw fugi dysocjacyjnej jest o boże…Rozpływam się po prostu. Dzięki tej książce można poznać wiele terminów psychiatrii i przede wszystkim je zrozumieć. Przypomina mi to „Dziewczyny, których pożądał” Jonathana Nasawa, w których się zakochałam, jedna z moich ulubionych powieści. W rankingu książek psychologicznych dzieło Wulfa Dorna na pewno znalazłoby się zaraz za „Dziewczynami..” i „ Obłędem” Erika Axl Sunda, recenzję obu tych świetnych arcydzieł również znajdziecie na moim blogu.
Czy wy również przepadacie za książkami, które ocierają się o tematykę psychiatrii?

O Boże! Zapomniałabym! Ogólna ocena!
8/10

„Uwikłani. Pokusa” – Laurelin Paige

30 czerwca
9/2016

Tytuł oryginalny:”Fixed on You”
Wydawnictwo: Wydawnictwo Kobiece
Cykl: Uwikłani (tom 1.)
Kategoria: literatura obyczajowa/romans
Liczba stron: 360
Cena okładkowa: 34,90 zł

Witam ponownie! Tak, tak, wiem, że „witam” podobno nie jest zbyt grzeczne, ale dla mnie jest okej i póki nie znajdę lepszego, pozwólcie, że do tego czasu będę używać owego feralnego sformułowania. W poprzednim (wczorajszym) poście obiecałam, że lepiej zajmę się blogiem i o, jestem :D.

Wczoraj zaczęłam książkę, którą już dziś chcę wam przedstawić. Jest nią pierwsza część cyklu „Uwikłani”. Powieść o której jest naprawdę głośno, ale nie komercyjnie, tylko tak między nami czytelnikami. Myślę, że właśnie tak to powinno się odbywać. Większość opinii, z którymi się zapoznałam były naprawdę pozytywne, co w przypadku romansidła/erotyku graniczy z cudem.

Niestety popularność Grey’a pociągnęła za sobą falę „erotyków” pisanych ciągle według tego samiusieńkiego schematu, czyli kobieta, młoda, skromna, nie mająca świadomości swojego ciała i mężczyzna, oczywiście zabójczo przystojny hiper-multi-miliarder, w pobliżu którego każda (bez wyjątku) kobieta robi się mokra. Świat został zbezczeszczony masą chłamu. Literatura kobieca/erotyczna skończyła w najgłębszych otchłaniach niewyobrażalnej chały. Myślę więc, że „Uwikłani” trochę odczarowują ten gatunek, aczkolwiek powieść ta ma pewne wady jak każda inna. Jeżeli chodzi o zalety to zwłaszcza trzeba zauważyć okładkę. Może nie jest jakaś wymyślna, ale naprawdę bardzo mi się podoba. Jest inna, przyciągająca i hipnotyzująca, ukazuje nagość, ale w żadnym razie nie wulgarność. Spójrzcie na inne okładki tych wszystkich powiedzmy „erotyków”:


Widzicie je prawda?
Wszystkie są po prostu identyczne, a wstawiłam jedynie sześć przypadkowych okładek. Czarne lub szare, jakiś kwiatek, but, coś do wiązania lub kawałek zadka i już. Nic co jest warte chociażby rzucenia okiem, nic, co byłoby w najmniejszym stopniu hipnotyzujące. Nie umniejszam treści tych książek, których w zasadzie nie znam, oceniam wyłącznie okładki, których stylu mam po prostu za linią porzygu.

Przechodząc do meritum. Jeżeli chodzi o treść, nie będę tutaj jakoś rozwlekle opisywać fabuły, ponieważ można przeczytać ją w zasadzie wszędzie. Główna bohaterka Alayna (nienawidzę autorki za to imię, za cholerę nie mogłam go dobrze przeczytać intuicyjnie przez całą książkę) Withers, młoda studentka pracująca w nocnym klubie jako kelnerka, aspiruje na stanowisko menager’a. Niedługo później na tapetę wchodzi nowy właściciel klubu, Hudson Pierce, obrzydliwie bogaty przystojniak, którego Alayna próbuje unikać za wszelką cenę, ze względu na swoje problemy z psychiką, które przysporzyły jej wielu kłopotów. Mianowicie chodzi o to, że bohaterka kocha „za mocno”, w sposób wręcz patologiczny, dostaje obsesji na punkcie danego faceta, co w ostatnim przypadku doprowadziło nawet do problemów z prawem. Kiedy zafiksuje się na jednym obiekcie, zaczynają się problemy. Należy zaznaczyć, że obsesyjne „pilnowanie się” by nie popaść w kolejną obsesją powoduje zupełnie inną fiksację. Pierce nie ułatwia jej tego wcale. Na dodatek
 ekstremalnie niemoralna propozycja, którą jej składa seksowny miliarder jest praktycznie nie do odrzucenia. Jednak czy zawodowe udawanie miłości i związku, który ma na celu zniszczenie innego „związku” może pozostać jedynie sprawą techniczną? Co, gdy w ich relacje wkradnie się uczucie? Ludziom, z problemami, dla których jedynym ratunkiem może być wzajemna terapia?

Generalnie dosyć podobała mi się ta powieść, nie mogę powiedzieć, że nie. Aczkolwiek widzę, że literatura erotyczna po prostu nie jest chyba dla mnie, lub po prostu zanudzają mnie ciągle powtarzające się choćby w najmniejszym stopniu schematy. Trzeba jednak powiedzieć, że książka ta jest nawet inna od reszty taplającego się w g***** chłamu. Tutaj spotykają się ludzie, którzy nie chcą krzywdzić siebie nawzajem, a wręcz próbują się uleczać. Nie ma żadnego sado-maso (jakkolwiek można by nazwać tę formę aktywności seksualnej w Grey’u, przyjmijmy, że było to sado-maso), pejczy, bicia, rzucania na ścianę i robienia sińców. Tutaj jest nawet kulturalnie, choć bywa dość ostro. O dziwo, powieść ta ma fabułę. Brawa. Bohaterzy są „jacyś”, nareszcie. Na sceny seksu również trzeba było poczekać, ale napięcie budowane było no już właściwie od początku. Na jednej z pierwszych kartek można było już czytać o przyciąganiu i seksualnym podnieceniu bohaterów. Co troszeczkę może irytować to częste powtarzanie się głównej bohaterki na temat swojej prawdziwej czy domniemanej obsesji. Wzmaga to oczywiście przekaz owego zafiksowania głównej bohaterki, jednakże czytelnika z tego powodu może dopadać czasem pewnego rodzaju zdenerwowanie. Co mnie też czasem raziło to wulgaryzmy, nie chodzi mi tu o przekleństwa, a o sformułowania typu: ”jego wielka pała” itp., które niestety często nie były używane we właściwych fragmentach. Tego typu frazy można użyć, kiedy akcja jest dynamiczna, ma tempo, dzieje się tysiąc rzeczy na minutę, a tam było dość, podkreślam dość, spokojnie.

Poza tym, powieść ta na tle masowej zagłady erotyków wypada naprawdę dobrze. Często jest seksowna i pociągająca, może również pobudzać zmysły, kiedy naprawdę się w to wkręcimy, całość oceniam na jakieś 6.5-7/10. Ciężko mi jednoznacznie powiedzieć, ponieważ 7 dostałaby w swoim gatunku, a 6.5 nie biorąc go pod uwagę.

„Obsydian” – Jennifer L. Armentrout

30 czerwca
8/2016

Tytuł oryginalny:”Obsidian”
Wydawnictwo: FILIA
Cykl: Lux (tom 1.)
Kategoria: fantastyka/fantasy/science fiction
Liczba stron: 442
Cena okładkowa: 39,90 zł

Nie odzywałam się od marcowego Book Haula. Jak mogłam? Też się zastanawiam. Jednak zostało postanowione, od dziś bardziej zajmuję się blogiem! Co prawda nie wiem jak zniesie to mój grafik, aczkolwiek jestem pewna, że nie będzie protestował, bo i jak coś, co nie istnieje ma protestować? ;).

Streszczając pokrótce moje dokonania od ostatniego wpisu. No cóż, gorączka zakupowa opanowała mnie przez pewien czas na dobre. Mój budżet nagiął się jak…nie wiem nawet do czego to porównać, nawet gimnastyczki tak się nie wyginają. Przyznam szczerze- żeby kupić kolejną partię pożyczyłam pieniądze, ale bez paniki, już oddaję :D. Tak więc mój fanatyzm dosięgnął najmroczniejszych głębin krainy niepohamowania. Myślę, że książkoholicy zrozumieją. Czasami jednak zastanawiam się, skąd biorę na to wszystko pieniądze…(chwila zadumania, pustka w oczach) i cóż, nadal mnie to ciekawi. Najważniejsze, że ciągle mogę nabywać! No i czytać oczywiście, w końcu po to  się zaopatruję :D. Moje nowe cudeńka pokażę wam w kwietniowym podsumowaniu. Przeczytałam również już pierwszą część trylogii „Millenium”, ale myślę, że aby skonstruować porządną opinię, muszę poświęcić trochę więcej czasu.

Tak więc, chcę wam zaprezentować jeden z dwóch powodów, dla których popełniłam ostatni akt zakupu.
DADAM!

Przestawiam „Obsydian”, czyli pierwszy tom serii Lux, autorki, o której nigdy w życiu nie słyszałam.
Do przeczytania tej książki zachęciły mnie następujące elementy:
  • Świetna okładka, piękne kolory i po prostu boski grzbiet książki, jaram się niemożliwie,
  • Ocena na lubimyczytać.pl, która wynosi, UWAGA: 8,08!,
  • Tematyka fantasy, a teraz właśnie czegoś takiego potrzebowałam,
  • Motyw miłosny, co jeżeli nie jest zbyt nachalny i pełen patosu, a połączony z czymś fantastycznym zawsze dla mnie jest strzałem w dziesiątkę.
Co mnie zniechęciło?:
  • Koszmarna cena, poniżej trzech dych (plus minus 2 złote) nie da się jej upolować, chyba, że używaną.
Jednak mimo wszystko, czułam się tak zmobilizowania do przeczytania tej pozycji, że zainwestowałam, o zgrozo 28 zł. Mimo wszystko, było warto, tak myślę. Nie czuję jakiejś głębokiej pustki za moimi trzema dychami, które odeszły w siną dal. Za to została mi naprawdę świetna książka :D
Zacznijmy od początku.

Zastanawialiście się kiedyś, czy poza naszą planetą, gdzieś w tej nieodgadnionej i nieokiełznanej przestrzeni kosmicznej żyją inne istoty? Nie mówię ludzie, bo zapewne oni siebie inaczej by nazywali. A czy zastanawialiście się, czy te istoty są może szalenie piękne, pociągające i mają mega moce?

Autorka książki zdecydowanie tak! A skoro ma wyjść z tej powieści młodzieżówka z historią miłosną jako motyw przewodni, to nie mogła tych ufoków przedstawić inaczej. Wyobraźcie sobie tylko: Ona, piękna, młoda, zgrabna, bystra i on, gruby, obleśny byt z 10 odnóżami, a każda pofałdowana jak ludzik Michellin, w pysku ma trzy komplety kłów, a szczękę ma oblepioną w ślinie…Macie to? No ja też nie bardzo. Teraz taki scenariusz: Ona, piękna, młoda, zgrabna, bystra i on, wysoki, nieziemsko przystojny brunet, ze szmaragdowymi oczami, na którego widok wszystkie laski ściągają majtki przez głowę. O tak, to znamy, ale nie oszukujmy się, to właśnie lubimy :D.

Tak więc, Katy wyprowadza się wraz z mamą do zupełnie innego stanu. Nowe otoczenie, nowi znajomi, wiadomo, główna bohaterka boi się, że zostanie szkolnym dziwolągiem. Jednak „na szczęście” w domu obok mieszka rodzeństwo w jej wieku, ona: zwariowana, niezwykle wesoła dziewczyna, która przekona do siebie wszystkich, a on…no cóż, jak to zostało wielokrotnie w książce powtórzone „ogromne ciacho” jednak z charakteru zwykły palant. Jednak, czy to na pewno jego prawdziwa twarz? Po mieście chodzą pogłoski o różnych dziwnych wydarzeniach. Miejscowi mają na ten temat wiele teorii, lecz we wszystkim są zgodni: nie będą się do NICH zbliżać. Wszyscy odwracają się od Katy, kiedy wychodzi z sąsiadką na miasto, dzieciom mówi się : uważaj na NICH, odsuń się od NICH. No właśnie, kim są ci ONI? Wkrótce nasza bohaterka dowie się, że życie na Ziemi nie ogranicza się wcale do znanych wszystkim ludzi, bowiem miasteczko, na pozór zwyczajne okazuje się domem dla ludzi stworzonych ze światła…

No i ten Deamon. Już imię wystarcza za wizytówkę. Ktoś, kto niesamowicie działa Ci na nerwy i otwarcie mówi, że Cię nie znosi, w następnej chwili gotów jest zginąć dla Ciebie. Mimo, że poniża Cię, odda dla Ciebie wszystko i zrobi wszystko, co w jego mocy, by być blisko. Lekka schizofrenia? O dziwo nie. Wszystko ma swój powód. Deamon próbuje ukryć swoją tajemnicę, która jeżeli wyjdzie na jaw może doprowadzić do jego śmierci, a także do unicestwienia jego najbliższych i jedynej siostry. Bratu nie pomógł i nigdy sobie tego nie wybaczy.  Jednak co sądzić o takiej osobie? No cóż, nasza bohaterka (btw. bloggerka, która pisze o książkach) również ma z tym problem. Jedyny chłopak, który pociąga ją do granic możliwości, na którego widok traci oddech, a maleńki kontakt fizyczny dotyka do żywego, jednocześnie ekstremalnie ją wkurza. Jednak czy można walczyć z miłością? Przywiązaniem (dosłownym) i pożądaniem?

Zdecydowanie podobała mi się ta książka, aczkolwiek to typowa młodzieżówka. Zwłaszcza podobała mi się pierwsza część, druga troszeczkę mniej, jednak całość oceniam jako naprawdę dobrą powieść. Nowa wizja przede wszystkim, nie ma żadnych wampirów, wilkołaków czy innych takich, bardzo popularnych bytów. Mamy ufoki :D. Chętnie przeczytałabym coś o jakichś mega obrzydliwych, zielonych ludkach i ich miłości xD. Ostatnio nawet natrafiłam na coś podobnego, tylko głównym motywem były (było?) zombie. Tylko za cholerę nie pamiętam co to była za książka, w której był przedstawiony akt spółkowania (potocznie nazywana seksem) między truposzami. Istnieje nawet takie prawdopodobieństwo, że mam ją na swojej półce, ale kto by to spamiętał :D.

Wracając do książki, całość oceniam na hmm…myślę, że 7.5 będzię jak najbardziej słuszne. Trzeba również dodać, że przetłumaczone na język polski zostały jedynie dwie kolejne części, czyli „Onyks” i „Opal”, reszta oczywiście nie. Poza serią, lecz utrzymane w tej samej konwencji możemy przeczytać „Obsesję”. W każdym razie, kto nie zna tej autorki, a lubi młodzieżówki, polecam przeczytać „Obsydiana”. Jedyny minus: strasznie szybko się skończyła, zostało mi jakieś 50 stron, a tu przekładam kartkę i widzę „KONIEC”, to było straszne. Dodatkowo było kilka rozdziałów pisanych z perspektywy Deamona (co o dziwo mi się podobało, bo zwykle takie rozwiązania kończą się strasznym chłamem) i 2 rozdziały kolejnej części (szmaciarze, specjalnie to zrobili, żeby mnie zachęcić…udało im się).

Book Haul – marzec 2016

30 czerwca
Nadszedł kwiecień, więc czas na kolejny book haul. Tym razem w wersji tradycyjnej a nie wideo :D.
Marzec był dla mnie miesiącem dość hmm…działającym na nerwy. Polityka uniwersytetów XXI wieku jest co najmniej kontrowersyjna i pozostawiająca wiele do życzenia. Mamy za sobą też święta, dla mnie baaardzo przyjemne, ze względu na tyle dobroci (zrobiłam cheat-day na diecie:D) i miłą atmosferę, a także brak tego całego latania za prezentami jak na Boże Narodzenie, a przede wszystkim, w końcu było ciepełko. Nie żeby zima jakoś dała się w tym roku we znaki, mroźne dni można było policzyć na palcach, a co najlepsze, nie musiałam kupować ciepłych butów xD.

Przejdźmy jednak do rzeczy. Marzec pod względem czytelnictwa był…eh, trudny, nawet bardzo. Musiałam ogarnąć całą książkę na zaliczenie wykładu, które mam za tydzień i którą (o Boże, wreszcie) dziś skończyłam, więc wreszcie ruszę z kopyta z moimi cudownymi rekreacyjnymi powieściami:).
Tak więc zaopatrzyłam się w kilka pozycji i oto one:





1. „Maszyna do pisania. Kurs kreatywnego pisania” Kasi Bondy. Mam już w swojej kolekcji „Okularnika”, którego jeszcze niestety nie przeczytałam, póki co czeka na swoją kolej. Pani Bonda stała się autorką popularną w mgnieniu oka i (dzięki Ci o Pani) napisała książkę o tym, jak pisać książki :D. Póki co tylko przekartkowałam ową pozycję i myślę, że będzie to świetny poradnik. Każdy rozdział daje jasne wskazówki co do kreacji bohaterów, świata przedstawionego i tak dalej. Nie daje gotowców, jedynie świetne wskazówki i naprowadza na genialne pomysły.

2. „Cmętarz zwieżąt”, czyli już czwarta książka Stephena Kinga na mojej półce. Co mnie zachęciło? Głupio mówić…Okładka! Jest po prostu fantastyczna, sama historia zapowiada się bardzo interesująco no i przede wszystkim jest naprawdę „cienka”:D Większość dzieł Kinga liczy przeważnie ponad 600 stron. Jak dotąd czytałam jedynie „Stukostrachy”, które ciągnęły się przez 600 stron a dopiero ostatnie 200 stron zawierało czystą akcję. Może coś mniejszego objętościowo wyzwoli mnie od flaków z olejem na początku i od razu będzie czekać mnie akcja :D.

3. „Komórka”, której zakup ciągnął się za mną już od 2 lat. Czytałam fragment i bardzo mi się spodobał. Zapowiadał naprawdę świetny thriller medyczny z elementami futurystycznymi. Jest to też jedyna książka Cooka w tym wydanie, w którym okładka jest dosyć ładna :). Wiem też, że nie zawiodę się czekając na akcję już od pierwszych stron.

4. „Grzesznik” mojej ukochanej Tess. Kolejna część cyklu o śledztwach detektyw Rizzoli. Myślę, że nie trzeba nic dodawać.

5. „Patologie społeczne”- książka, która zlecona mi została do przeczytania na egzamin. Muszę przyznać, że pierwsze cztery rozdziały ciągną się jak guma w gaciach. Natomiast kolejne, poruszające problem prostytucji, zagadnienie homoseksualizmu czy bezdomności zawierają tyle ciekawych informacji, że mózg często eksploduje :). Polecam każdemu, kto interesuje się wszelakimi rodzajami patologii i dewiacji, dość ciekawe vademecum.

6. „Złodziej pioruna”, czyli pierwsza część przygód Percy’ego Jacksona. Oglądałam już film, jednak ogromna popularność i sympatia czytelników wobec tej serii zdecydowanie zachęciła mnie do zakupienia. Często słyszę, że wręcz grzechem jest pozbycie się dzieł Ricka Riordana ze swojej biblioteczki, no cóż, musze się przekonać!

7. Oto nadszedł czas na moją pierwszą książkę o zombie! Chciałam kupić jeszcze „Apokalipsę Z”, jednak akurat skończył się zapas w magazynie księgarni, w której składałam zamówienie, tak więc zostałam przy dziele Pana Stene. Zapowiada się świetnie. Wielka tajemnica, wyspa ukrywana przed światem, a na niej żyjący ludzie, ale…czy na pewno ludzie?

8. „Sobowtór”- nie potrzeba polecenia!
Tess=geniusz.
Autorka z zawodu jest lekarzem internistą, ale jej wiedza wręcz powala.

9. Pierwsza książka serii „Osiemdziesięciu dni…”. Romansidło, erotyk. W zasadzie nie bawi mnie tego typu literatura, ale co tam, czasami trzeba się przełamać, może wreszcie ktoś odczaruje chłam, jakim stały się książki erotyczne. Póki co, po sławnych „50 twarzach…” pojawiło się mnóstwo za przeproszeniem shitu w tym gatunku, w którym ciągle powtarza się ten sam schemat.
















 

Porównanie cen bestsellerów w ofercie internetowej

30 czerwca
Przepraszam za moją długą nieobecność, spowodowaną wieloma czynnikami, ale tam, skupmy się na książkach, bo to temat najważniejszy :D

Co wybrać? Gdzie kupować? Czy na pewno nie przepłacam? Postaram się pomóc odpowiedzieć na te najbardziej ciążące każdemu książkoholikowi pytania.

Widząc dosyć spore zainteresowanie z waszej strony postem o najtańszych księgarniach internetowych, z których zwykle korzystam nabywając moje cudeńka postanowiłam skonstruować zestawienie cenowe, dużo bardziej szczegółowe. Sporządziłam listę (względnych) bestsellerów bieżącego roku, te kilka pozycji, które brałam pod uwagę wzięłam z listy najlepiej sprzedawanych książek roku 2016 ze strony empiku. Nie są tylko pierwsze miejsca, ponieważ próbowałam wyłapać te, które sama czytałam, ale przede wszystkim, o których sporo słyszałam. W projekcie tego zestawienia brałam także pod uwagę jedną z moich ulubionych księgarń, jaką jest Świat Książki, jednak dwóch pozycji nie posiadali w swojej ofercie. Dodałam także rubrykę, która zawiera cenę przesyłki, realizowaną przez Pocztę Polską, w niektórych przypadkach umieszczałam cenę kuriera Pocztex, ze względu na brak innej opcji dostawy do klienta dzięki listonoszowi :D. Dodam, że jest to koszt realizacji małego zamówienia, np. jednej czy dwóch książek, później progi są tak zróżnicowane, że za dużo by pisać ;). Na zielono oznaczone są ceny najniższe, na czerwono najwyższe. Dodatkowo na końcu dodałam także procentową relację innych księgarń do tej najtańszej, a także różnicę względem ceny okładkowej.

Żeby zestawienie stało się bardziej czytelne (no chyba, że macie zarąbiście duży ekran to zazdro i nie ma potrzeby powiększać) kliknijcie w obrazek :D.



Jak widać księgarnia nieprzeczytane.pl całkowicie zmiażdżyła konkurencję. Na dziesięć wybranych przeze mnie pozycji, siedem w swojej ofercie posiadali najtaniej. Gdybyśmy złożyli takie zamówienie to koszt wyniósłby prawie 240 zł, jednak przesyłka do domu jest dosyć droga, istnieje jednak wiele innych, tańszych opcji, odbiór w placówce Poczty Polskiej, paczkomat czy kiosk ruchu. Jednak jedynym sposobem, by nasze zamówienie doszło pod nasze drzwi jest wybranie kuriera za 10,99. Niewielką stratę do naszego lidera mają księgarnie czytam.pl oraz niedawno przeze mnie odkryta Platon24, posiadające tańsze opcje dostawy.

Jak oczywiście każdy mógł się domyślić najwięcej zedrze z nas najpopularniejszy Empik. Nie chcę osądzać, ceny na pewno w dużej mierze są wynikiem prowadzenia przez daną księgarnię wielu sklepów stacjonarnych, co niestety dużo kosztuje. Możemy do księgarni po prostu iść i kupić wyczekiwaną przez nas pozycję bez czekania i przesiadywania przed komputerem. Zdecydowany plus dla ludzi zabieganych. Jednak właśnie dla takich osób przygotowałam to zestawienie. W żadnej z wyżej przedstawionych księgarni nie było dodatkowych promocji typu 10% za zamówienie powyżej… czy 3 za 2 i tak dalej. W niektórych wypadkach jeżeli zamawiamy większą ilość książek możemy dostać dostawę gratis, lub dużo tańszą. W przypadku sklepu dadada.pl koszt dostawy przez Pocztę Polską jest dość wysoki, ale inne opcje jak np. paczka do kiosku ruchu za zamówienie do 45 zł zapłacimy 1,99, a powyżej już jedynie złotówkę, czyli w zasadzie gratis. W Matrasie już od 99 zł wartości książek lub innych artykułów mamy wysyłkę gratis, podobnie w niezaprezentowanym tutaj Świecie Książki. Z przykrością jednak muszę zauważyć, że wspomniany Matras sukcesywnie staje się coraz droższy, jednak na szczęście często można trafić na jakąś ciekawą promocję czy darmową przesyłkę, jak ostatnio organizowane młodzieżowe wtorki, dostawa za friko przy zamówieniu od 20 zł i tym podobne.

Jeżeli chodzi o porównanie cen względem cen okładkowych to w empiku znajdziemy je niższe o zaledwie 16%, a jak wszyscy wiemy detal książek jest cholernie drogi. Na nieprzeczytane.pl zaoszczędzimy już 37%, wnioski wyciągnijcie sami. Zaskoczyła mnie pozycja Gandalfa, nigdy nie robiłam od nich żadnych zakupów, a szkoda, bo w tym rankingu wypadł lepiej niż uwielbiany powszechnie dyskont Aros. Nie zestawiałam tutaj Bonito, ponieważ te dwie księgarnie mają jednego właściciela i bardzo porównywalne ceny.
Mam nadzieję, że to zestawienie wam w jakikolwiek sposób pomogło :D. Trochę przy nim posiedziałam, więc ucieszę się, jeżeli chociaż trochę zaoszczędzę wasz czas. Jeżeli spotkaliście się z podobnymi przeglądami, ale w innych księgarniach podeślijcie mi, chętnie się zapoznam :).

„Skalpel” – Tess Gerritsen

30 czerwca
6/2016

Tytuł oryginalny:”The Apprentice”
Wydawnictwo: Albatros
Cykl: Doktor Maura Isles i detektyw Jane Rizzoli (tom 2.)
Kategoria: thriller (medyczny)/sensjacja/kryminał
Liczba stron: 392
Cena okładkowa: 32,90 zł

Sławny już na cały świat Chirurg pozostaje w zakładzie karnym. Jane Rizzoli, która doprowadziła do jego aresztowania jest niestety dręczona ciągłymi koszmarami, które przypominają jej jak blisko śmierci była w tamtej piwnicy sam na sam z Warrenem Hoytem. Teraz jednak nie ma już się czego bać. Chociaż czy na pewno? Detektyw zostaje wezwana na miejsce morderstwa, które przerażająco przypomina zbrodnie dokonywane przez Chirurga. Mężczyzna zamordowany jednym precyzyjnym cięciem, stłuczona filiżanka koło jego nóg, złożona koszula nocna jego żony…no właśnie, jego żona. Gdzie ona może być? Niedługo później organy ścigania odnajdują zwłoki młodej kobiety w lesie, lecz nie jedyne… Sekcja ujawnia przerażającą prawdę- gwałty na zmarłych kobietach miały miejsce nawet na długo po ich rozkładzie…

Gdyby tego było mało Chirurg wydostaje się na wolność. Jak? Dlaczego? I jakim cudem przez dwa tygodnie odnajdują jedynie tropy, które specjalnie im zostawił. Jednak nie wszystkim, ich adresatem jest jedna kobieta, jedna policjantka, jedyna osoba, na której punkcie Hoyt miał bzika i zrobi wszystko by dokończyć to, co zaczął wcześniej. Jane ma nie lada orzech do zgryzienia, zwłaszcza, że do śledztwa miesza się agent FBI, Gabriel Dean, który za swoją arogancją, obojętnością i brakiem serca skrywa całkiem inne oblicze.

„Skalpel” to drugi tom przygód Jane Rizzoli i Maury Isles zaraz po „Chirurgu”, który zawładnął moim sercem. Teraz Hoyt znów wraca do gry, jednak absolutnie nie sam, bo co może być gorsze niż seryjny morderca powracający na wolność? Ten sam morderca z podobnym sobie fanatycznym przyjacielem. Trzeba przyznać, że kunszt pisarski Gerritsen wali w głowę niczym siekiera. Szczegółowe opisy sekcji, budowy anatomicznej człowieka, analityczny umysł Isles, który wychwyci każdą anomalię składu krwi czy krzywizny kości. Do tego Rizzoli, świetnie rozumiejąca modus operandi mordercy. Intymna więź psychiczna łącząca kata i jego prześladowcę, bo czy można wpłynąć bardziej na czyjeś życia niż podczas próby jego unicestwienia?

Niewiarygodnie realistyczne opisy, dzięki którym czułam ten cały smród rozkładających się ciał, ten słodki do omdlenia zapach rozpadających się mięśni, gazy gromadzące się w brzuchu zmarłego, które powodują niesamowite wzdęcie jak u topielca, obrzydliwe, ciągnące się wszędzie tkanki, u mety procesu gnilnego, które należy oddzielić od kości, dźwięk rozcinanego mostka, dzięki któremu można zbadać organy znajdujące się w klatce piersiowej. Mózg, centrala ludzkiego organizmu, dzięki któremu żyjemy, myślimy, kochamy, uczymy się, wypływający wszystkimi otworami znajdującymi się w czaszce, glutowata mazia, której z niczym innym nie da się pomylić.

Jak bardzo niesamowitą wyobraźnię trzeba mieć by oddać przypadek człowieka wypadającego z odrzutowca? Te wszystkie szkody, jakie sytuacja taka wywołuje w ciele ludzkim, który przestaje być jednostką a zaczyna być grupką nienazwanych cząstek organów, rozsypanych wszędzie resztek kości, mózg rozpryskany na wszystkie strony, znajdujący się na bagażnikach samochodów, huk, z jakim człowiek rozbija się o asfalt z astronomicznej wysokości i nadzieja. Nadzieja, że umarł w trakcie lotu, nie musiał odczuwać rozszarpywania każdej swojej komórki przez prawo grawitacji.

Osobiście nie jestem w stanie tego ogarnąć. Czytając książki Tess, po prostu się je przeżywa, nie ma czasu nawet na sekundę nudy czy relaksu, nasz umysł ciągle pracuje nad rozwikłaniem zagadki, a kiedy morderca szykuje się do ataku masz ochotę krzyczeć do ofiary : „Uciekaj!” „On tu jest!”, ale ona i tak Cię nie słyszy. Niezwykłe określenia medyczne, które większość czytelników słyszy po raz pierwszy nie jest żadnym utrudnieniem w czytaniu, o nie, sprawia, że hmm…ciężko nazwać to powieścią, bo wszystko jest tak realistyczne, że ma się odczucie bycia w tym wszystkim, w środku akcji, czajenia się gdzieś za drzewem w ciemnym lesie. Człowiek boi się wychylić, bo może oprócz nas jest tu ktoś jeszcze?

Mogłabym pisać o stylu Tess godzinami, jest bezkonkurencyjną królową medycznych thrillerów, historia trzyma za gardło (gdybym miała, to trzymałoby mnie chyba za jaja) od pierwszej strony do ostatniej.

Moja ogólna ocena: 10/10, nie mogło być inaczej, polecam każdemu, nawet ludziom, stroniącym od tego typu literatury, bo Tess porwie was i zamknie w prosektorium aż do końca sekcji, póki nie zaczniecie krztusić się własnymi wymiocinami i nie zaczniecie błagać by was wypuszczono!

Obserwuj przez e-mail